poniedziałek, 14 listopada 2011

Time to say goodbay

Dość długo nie zaglądałem tutaj, ale miałem ku temu powody. Moje życie uległo całkowitej zmianie. Oczywiście tęskniłem za tym blogiem i za Waszymi blogami, ale chciałem być szczery. Te moje wpisy nigdy nie były „sztuką dla sztuki” – zawsze z czegoś wynikały. Miałem potrzebę dzielenia się z Wami swoimi przemyśleniami i miałem na to czas. Dzisiaj już wiem, że tego drugiego czynnika nie posiadam …od dawna.


Od ostatniego mojego wpisu bardzo wiele się zmieniło. Przede wszystkim zmieniłem pracą. Nosiłem się z tym zamiarem od dawna, ale nie pisałem o tym. Zaczęło mi przeszkadzać to, że w pewnym momencie ciągnąłem cały zespół sprzedaży „za uszy”. Robiłem postępy, ale co z tego? Jedyne, na co mogłem liczyć to premia raz na jakiś czas. Chciałem czegoś więcej. Chcieć to móc- potwierdzam. Znalazłem pracę, w której czuję, że się rozwijam i wreszcie naprawdę DOBRZE mi płacą.
Paradoksalnie naprawdę zrozumiałem, że „nie tylko pracą człowiek żyje”. Nie pracuje już wieczorami, nie chodzę na imprezy – mam w końcu uporządkowane życie uczuciowe• Czas, który z Wami spędziłem był fantastyczny. Często Wasze komentarze podnosiły mnie na duchu. Nadal będę zaglądać od czasu do czasu na wasze blogi. Z pisaniem własnego jednak kończę. Dziękuję, że byliście ze mną.
Pozdrawiam
Globus

niedziela, 28 sierpnia 2011

Pingwiny

Pingwiny to takie dziwne ptaki- nie umieją latać i śmiesznie chodzą Często mając do czynienia z ludźmi nasuwa mi się skojarzenie z pingwinami- są ludźmi a nie mają ludzkich uczuć. Pamiętacie jak pisałem Wam o moim biednym kocie? Już wiem, kto go otruł- sam mi się zresztą przyznał do tego. Nie mam jednak świadków tej rozmowy, więc nie mogę nic z tym zrobić.

Zresztą takich ludzi-pingwinów jest całe mnóstwo. Znam księgowego, który nie potrafi liczyć, znam fryzjerkę, która źle strzyże, mechanika, który kompletnie nie zna się na samochodach. Takich ludźmi jest całkiem sporo. Co więcej- niektórych ta nieporadność rozczula, naprawdę! Moja sąsiadka chodzi do tej fryzjerki, mimo iż efekt jest zawsze fatalny. Chodzi jednak, bo po prostu tę fryzjerkę lubi. I nigdy nie dała jej odczuć, że z efektu jej pracy jest niezadowolona ( a zawsze jest niezadowolona). Nie chce jej sprawić przykrości.

Wiecie, w jakim zawodzie ludzie pingwiny nigdy nie zagrzeją miejsca? W sprzedaży! Nie umiesz sprzedawać- nie zarobisz! Ja nie jestem pingwinem.


Pozdrawiam
Globus

Części damskie, męskie i nijakie

A ja znowu o pracy Niby nie nią samą człowiek żyje, ale jednak! Ostatnio w firmie nastąpiło trochę zmian, głównie personalnych. Pojawiło się trochę nowych twarzy. W tak dużej firmie jak nasza to w sumie nic dziwnego- można nawet rzec, że chleb powszedni. Teraz jednak jest trochę inaczej…

Dawniej była zdecydowana przewaga mężczyzn, a nasze koleżanki raczej nas nie rozpraszały ( no może z wyjątkiem Rudej, ale to zupełnie inna historia). I wyobraźcie sobie, że nagle do firmy przyszło z dziesięć młodych i pięknych kobiet. Reakcja męskiej części zespołu- totalne szaleństwo. Popisują się, oferują pomoc itp. Gołym okiem widać, że wstąpiły w nich nowe siły. I dobrze- aż chce się pracować.

Wniosek jest tak naprawdę jeden- każda firma potrzebuje, pięknych i mądrych kobiet ( Z tym, że piękno to tak naprawdę pojęcie absolutnie subiektywne). Kobiet łagodzą obyczaje i motywują do pracy. A przy okazji:

Pozdrawiam
Globus

sobota, 20 sierpnia 2011

Hard day!

Są takie dni, w które wszystkiego się odechciewa. Mam właśnie takowi za i przed sobą. Pamiętacie mojego kotka? Już go nie ma. Diagnoza- otrucie. Ktoś ( pytanie tylko czy taką osobę można jeszcze nazwać człowiekiem) otruł mi kociaka. Nie sądziłem, że tak mną to wstrząśnie. Wnuki sąsiadki ryczały przez parę godzin( nie był to płacz- o nie). W moim mieszkaniu tak się nagle zrobiło pusto i cicho.

Nie będę dociekał, kto i dlaczego to zrobił. Zresztą nie mam nawet na to siły. Liczy się jednak sam fakt- kota już nie ma. Zastanawiające jest dla mnie to jak niesamowicie okrutni mogą być ludzie. Jaką trzeba być bestią być zdobyć się na taki czyn!

Zastanawialiście się kiedyś skąd się bierze okrucieństwo? Bo ja często. Jak na razie mam tylko jedną sensowną teorię: okrutni bywają ludzie, którzy są głęboko nieszczęśliwi! Nieudało im się życie, nie ma, kto ich kochać w związku z tym mają ogromną ochotę krzywdzić innych. I robią to!
Mi zginął kot, a Was pewnie niejedna przykrość spotkała od takich ludzi. Nadal jestem jednak niepoprawnym optymistom. Wierzę, że więcej jest na świecie dobra niż zła tylko trudniej je dostrzec. Jest mniej „krzykliwe”. Mam nadzieję, że obudzę się rano i znowu będą mnie cieszyć drobne rzeczy. Jutro zacznę dostrzegać te okruchy dobra. Dzisiaj tylko wierzę, że istnieją!
Dopiero teraz zorientowałem się, że nie zdążyłem kotu zrobić ani jednego zdjęcia. O tym, że był przypomina mi tylko jego kuweta, blaszana kulka i miseczka. Jutro pewnie to wszystko wyrzucę i nic już po kocie nie zostanie. Za jakieś pół roku prawdopodobnie nie będę mógł sobie przypomnieć jak wyglądał. Pamiętam każdego jednego mojego klienta i prawdopodobnie za 10 lat nic się nie zmieni. O słodkiej kuleczce, która się do mnie tuliła zapomnę. Życia bywa niesprawiedliwe.
Pozdrawiam
Globus
P.S
Jeśli macie jakieś swoje teorie na temat przyczyn okrucieństwa- baaardzo chętnie poczytam!

piątek, 19 sierpnia 2011

Lepsze jest wrogiem dobrego


Niby całkiem niedawno byłem na urlopie, ale już mam dość. Obsesyjnie oglądam foldery biur podróży w poszukiwaniu jakiś interesujących wycieczek. Czasami zazdroszczę nauczycielom- może i nie zarabiają kokosów, ale za to mają 2-miesięczną labę! Nie rozumiem jak oni mogą być zmęczeni!

Obserwuję bacznie moją koleżankę, która dopiero, co wróciła z urlopu. Jej pierwszy dzień w pracy wyglądał tak jakby ten urlop jej zaszkodził. Cierpienie, jakie malowało się na jej twarzy było aż za nadto wymowne. Powiedźmy sobie szczerze- po urlopie jeszcze długo dochodzi się do siebie. Jest nawet taka przypadłość- depresja po urlopowa. Czytałem o tym parę razy. W dużym skrócie- pracownik po urlopie jest mniej wydajny, bo ciągle myśli o wakacjach. Też tak miałem:)

Czyli lepiej jest wcale nie iść na urlop? Oczywiście, że nie. Odpoczynek jest potrzebny każdemu człowiekowi, ale…należy z niego korzystać rozsądnie. Lepiej jest te dwa tygodnie rozłożyć sobie w czasie. Wtedy powrót do pracy nie jest aż tak bolesny.

A jak Wam mijają wakacje? Też miewacie depresję pourlopową?

wtorek, 16 sierpnia 2011

Tak szybko odchodzą…

Od pewnego czasu wychodziłem z założenia, że nie należy zbytnio zaprzyjaźniać z ludźmi w pracy. To naprawdę niezdrowe. Po pierwsze generuje problemy, bo nie oszukujmy się – w pracy jesteśmy z jednej strony zgranym zespołem, ale również rywalami. Bez rywalizacji nie ma efektów. A tam gdzie gdzie rywalizacja nie ma miejsca dla przyjaźni.


Jednak jak się przebywa tyle czasu ( średnio 8 godzin) z ludźmi to wywiązuje się specyficzna relacja- przywiązanie. Trudno utrzymywać wtedy dystans. Mi się to na razie udaje. Nie zmienia to jednak faktu, że jak ktoś odchodzi z pracy to zawsze jest mi przykro. Tak było i tym razem. Pracowałem z gościem naprawdę długo. Mieliśmy lepsze i gorsze dni. Był nawet moment, kiedy przez cały tydzień nie odzywaliśmy się do siebie. Oczywiście poszło o klienta- jeden zaczął z nim współpracę a drugi kontynuował. Po jakimś czasie doszliśmy do porozumienia- jak zwykle zresztą.
Niemniej jak dowiedziałem się, że nie będę już z nim pracować to zrobiło mi się autentycznie przykro. Jednak człowiek się przywiązuje do ludzi, jacy by oni nie byli. Podobno każda zmiana jest zmianą na lepsze. Podobno nie ma ludzi, których nie można zastąpić. Podobno.

Dochodzę do wniosku, że prawdziwa dorosłość polega na zaakceptowaniu prostego faktu. Jedni ludzie odchodzą a następni przychodzą.

sobota, 13 sierpnia 2011

Moje szanowne cztery litery

Nie mogę się nadziwić, że weekendy tak szybko się kończą. Człowiek nigdy nie jest przygotowany na poniedziałek- przynajmniej ja ( A jak jest z Wami?). Co najmniej do 11 trwa moje przestawianie się na rytm pracy! To już jest schemat- poniedziałek ( niemal) dniem straconym a wtorek Naddniem ( bo nadrabiam braki z poniedziałku). Próbowałem z tym zerwać, ale na razie bez rezultatu. Jeśli znacie jakieś super tricki to podzielcie się- proszę!
Schemat schematem, ale wydaje mi się, że warto się zstanowić nad jedną kwestią. CZY CHCECIE BYĆ LUDŹMI, KTÓRZY MYŚLĄ SCHEMATAMI?

Wyobraźcie sobie, że poniedziałek nie nazywa się poniedziałkiem, ale na przykład wtorkiem albo najlepiej piątkiem. Idąc dalej tym tropem- nauczyciel to człowiek ( trudne, ale prawdziwe), klient to po prostu partner biznesowy. I tak dalej i tak dalej. W czym tkwi sedno? Tak naprawdę w barierze psychicznej. Każdy z nas posiada inną. Ważne, by ją wychwycić. Następnie bezwzględnie się jej pozbyć.

Dlaczego bariera psychiczna jest niebezpieczna?
Zastanawialiście się kiedyś nad tym? Mnie dosyć często nachodzą takie refleksje. Wyobraźcie sobie, że wszystko, ale to naprawdę wszystko jest w waszym zasięgu. Trudne, prawda? Uniemożliwia Wam to właśnie bariera psychiczna. Jako sprzedawca wiele razy miałem z nią do czynienia. Często przed sfinalizowaniem dużej transakcji napotykałem trudności, które miały swoje źródło w moim sposobie myślenia. Wydawało mi się, że moje oferta jest zbyt droga, że nie mogę tyle żądać itp. Po jakimś czasie jakiś inny sprzedawca wykorzystywał mój kontakt, oferując tyle samo i ( o dziwo) wygrywał. Jego propozycja spotykała się z akceptacją. Dlaczego tak się działo? Po prostu on nie był obciążony taką barierą psychologiczną jak ja.

Na początki nawet nie zdawałem sobie sprawy z mojego problemu. Dużo pomógł mi mój coach z Axona, dużo też pracy włożyłem w zmianę mojego sposobu myślenia. Da się- trzeba tylko chcieć. A Wy walczycie ze swoimi barierami psychologicznymi?
Pozdrawiam
Globus

poniedziałek, 8 sierpnia 2011

Plotki, ploteczki

Jako mężczyzna oficjalnie nie toleruje plotek. Jako człowiek - przyznaje nieoficjalnie - poplotkuję od czasu do czasu. Są jednak granice, których staram się nie przekraczać.
Wydaje mi się, że istnieją dwa rodzaje plotek: błahe i groźne. Do pierwszych zaliczają się te wszystkie zabawne anegdoty, które bawią i (uwaga, uwaga) nie wzbudzają emocji! Plotki groźne zawsze zaczynają się od „tylko nie mów nikomu”, „to tajemnica”, „tylko zachowaj to dla siebie”. Istnieje bardzo duże prawdopodobieństwo (graniczące z pewnością), że nie jest się jedyną wtajemniczoną osobą. Kiedy plotka, która jak wiadomo żyje własnym życiem, wyjdzie na jaw, jest się jedną z osób branych pod uwagę, jako ewentualne źródło przecieku.

Przykład z życia
Mój znajomy w firmie zwierzył mi się, że chce zmienić pracę. Jak się okazało nie tylko mi, ale całej firmie. Oczywiście było to ściśle tajne. Oczywiście ktoś się „wysypał” i news doszedł do szefów. Ci z kolei stwierdzili, że pracownik, który szuka innej pracy nie jest potrzebny. I pożegnaliśmy kolegę. Oczywiście miał on pretensje do wszystkich.

Nie wiem, kto doniósł, nie wnikam. Ciekawi mnie jednak sam zwrot „tylko nie mów nikomu”. Zauważyliście ile emocji on wzbudza? Osoba przekazująca plotkę używając go automatycznie dodaje jej nobilitacji. Dzięki temu ona staje się cenna i naprawdę ciężko ją zachować dla siebie. Czy Wam zdarza się plotkować? Ja obiecałem sobie, że następnym razem jak usłyszę: muszę ci coś powiedzieć, ale zachowaj to dla siebie - odpowiem, że nie chcę być wtajemniczonym!

Pozdrawiam
Globus

piątek, 5 sierpnia 2011

Albo dobrze albo wcale

Moja babcia zawsze powtarzała mi, że o zmarłych należy mówić albo dobrze albo wcale. Mówiła to często, z wielkim przekonaniem swojej nieomylności w tej kwestii. Uwierzyłem jej i zakodowałem tę mądrość. Z czasem odkryłem, że tak naprawdę o każdym człowieku można powiedzieć coś dobrego. Zawsze. Trzeba tylko chcieć.

Andrzej Lepper podobno popełnił samobójstwo. Wiadomość ta zasmuciła mnie, jak zresztą każda tego typu. Współczuje ludziom, którzy nie mają sił by dalej żyć. Również ich rodzinom. Oczywiście Lepperowi ktoś mógł pomóc odejść z tego świata, wcale tego nie wykluczam. Pomyślcie tylko: jaki człowiek targa się na własne życie, jeśli musi walczyć o zdrowie własnego dziecka? No i jeszcze to dziwne samobójstwo miesiąc temu współpracownika Leppera…

Był człowiek - nie ma człowieka. Tak po prostu. Nas - zwykłych szarych ludzi zawsze to zaskakuje. Dziennikarzy - nigdy! Jak zapewne wiecie dla większości znanych osób są przygotowane prawie gotowe materiały odnośnie ich życia. Prawie gotowe - dodaje się tylko te fragmenty dotyczące okoliczności śmierci. Tak jest łatwiej, szybciej i nowocześniej. Media mało co zaskoczy. Oczywiście zdarzają się „perełki” typu zamachy w Norwegii.

Śmierć w mediach zawsze wygląda tak samo. Mam nieodparte wrażenie, że albo ludzie, którzy tam pracują mieli podobne babcie ( jak moja, pewnie i Wasze) albo zdają sobie sprawę z naszych przyzwyczajeń. Umiera znany polityk i jeśli ktoś chce wyrobić sobie o nim zdanie na podstawie tego czy czyta lub widzi w telewizji, to przekona się, że odszedł mąż stanu. Człowiek prawy, honorowy - co prawda mający jakieś tam swoje „śmiesznostki”, ale były one takie „swojskie”. Ten obraz człowieka jest tak cukierkowy, że aż krzywdzący. Oczywiście dla tego, kto odszedł. Nikt (no prawie nikt) nie „kupuje” tego przekazu. Po lukrze pojawia się czarna, gorzka czekolada - przeważnie w Internecie. Dla równowagi.

Ten wpis miał być swoistym apelem- Traktujcie drodzy dziennikarze Śmierć poważnie i z szacunkiem!

Co ja mogę powiedzieć o Lepperze? Na pewno był politykiem jedynym w swoim rodzaju. Niesamowicie barwnym i często nieokrzesanym. Zawsze wydawał mi się zdolnym człowiekiem. Miał ogromną łatwość wysławiania się. Jestem niemal pewien, że nieustannie nad sobą pracował. Pamiętacie jak cała Polska śmiała się z więzień dla Talibów? Dzisiaj wiemy, że Lepper miał rację. Wniosek: miał świetne źródło informacji. Niepotrzebnie nawiązał współpracę z Tymochowiczem, wcześniej sprawiał wrażenie autentycznego. No i lubił solarium!
Pozdrawiam
Globus

sobota, 30 lipca 2011

Mam to gdzieś

Do pewnych postaw w życiu się dorasta. Od dzieciństwa wpajają nam, że mamy być mili dla innych i w razie takiej potrzeby udzielać im pomocy. To pierwszy etap. W następnym uczymy się dostosowywać swoje zachowanie do oczekiwań innych. Potem intuicyjnie Teoretycznie nie ma w tym nic złego. Przynajmniej tak mi się do niedawna wydawało. Efekt takiego wychowania, w moim przypadku, był jednak taki, że bardziej się liczyłem ze zdaniem innych osób niż własnym. Bo nie chciałem im sprawić przykrości, albo ( nie daj boże) nie chciałem by pomyśleli sobie, że jestem niemiły. Taka postawa nie pomaga w życiu.


Powiedzmy sobie szczerze- tak się nie da żyć. Spełniając oczekiwania innych osób, szczególnie względem siebie, tracimy gdzieś właśnie „ja”. Prawdopodobnie, dlatego mamy tak wielu frustratów i smutnych, nieszczęśliwych ludzi. Dlaczego w dzieciństwie uczą nas kochać innych ludzi a nie uczą kochać siebie? Dlaczego wpaja się ( oczywiście nieświadomie), że opinia innych ludzi jest tak bardzo ważna?

Dziś już wiem, że zdanie innych jest mało ważne. Za chwilę, bowiem w naszym życiu pojawią się nowe osoby, które będą miały inne poglądy. Nie można cały czas się dostosowywać, bo paradoksalnie czyni nas to „nieprzystosowanymi”. Zgadzacie się?
Ja przez całe życie pracowałem nad swoją „żywą” gestykulacją. Rodzice, nauczyciele zawsze mi powtarzali, że „wymachując rękami jak wariat” ( moim zdaniem nigdy tak nie było) tracę na wiarygodności i nikt mnie nie chce słuchać. Mija parą dobrych lat i nagle okazuje się, że ta gestykulacja jest moim atutem. Podobnie było z wodą kolońską, którą kiedyś używałem a nie lubiła jej moja dziewczyna, więc musiałem zacząć używać innej. Potem spotykałem się z kolejną dziewczyną, która akurat bardzo lubiła zapach mojej poprzedniej wody kolońskiej. Podobną sytuację miałem z długością włosów. I po co to wszystko? Przecież nie można całe życie się dostosowywać! Tym bardziej, że jedni ludzie odchodzą a inni przychodzą. Tak naprawdę zostajemy sami ze sobą, ze swoimi śmiesznościami, przyzwyczajeniami. Dobrze mi z tym a Wam?
Pozdrawiam
Globus

Zrób to na Columbo

Pisałem ostatnio o negocjacjach, więc teraz chciałbym wam przybliżyć w skrócie moją ulubioną metodę. Stosuję ją często. Jej skuteczność jest niemal 100%. Trzeba tylko wziąć pod uwagę, że nie jest odpowiednia do każdego typu klienta. W codziennym życiu sprawdza się jednak niemal zawsze.



Generalnie chodzi o to, by będąc negocjatorem wcielić się w postać inspektora Columbo Wszelka niezdarność, brak zorganizowania są wręcz niezbędne. Trzeba dać drugiej stronie subtelnie do zrozumienia, że potrzebuje się jej pomocy i serdeczności. Oczywiście będą perfekcyjnie przygotowanym. Jednym słowem sprawia się wrażenie głupszego niż się jest. Zdziwilibyście się jak łatwo ludzie na to idą. Mechanizm jest prosty - dajemy drugiej stronie fantastyczne odczucie! Dzięki nam czuje się ona mądra, elokwentna i przebojowa. Dzięki temu uzyskujemy to, co chcemy. Nietrudno się, bowiem „pochylić” nad kimś, kto jest w jakimś sensie gorszy od nas. Jedna strona czuje, więc siłę i idzie na ustępstwa.


Teoretycznie ta metoda jest dziecinnie prosta. Nic bardziej mylnego. To jedna z najbardziej wymagających technik negocjacji. Jeśli się jej nie opanuje do perfekcji, łatwo jest zostać przejrzanym. Kiedy maski opadają negocjacje są skończone. Długo ćwiczyłem tę metodę z moim coachem z axona. Teraz stosuje ją niemal zawsze.
Zauważyłem, że bardzo dużo osób, pewnie nieświadomie, „bawi się” w inspektora Columbo w życiu prywatnym. Znacie takich aktorów? Ja niestety tak. Najczęściej udają życzliwych i serdecznych przyjaciół - troskliwych i niesamowicie ciekawskich. Uważajcie na nich - oni są wśród nas.
Dlatego między innymi tak bardzo lubię moją pracę i tak dużo jej poświęcam. Tu reguły są proste - wiem, z kim negocjuję. W życiu natomiast tej pewności nie mam - zakładam więc, że z każdym, albo dostaje w dupę.
Pozdrawiam
Globus

piątek, 29 lipca 2011

Bądź wytrawnym graczem

Tak naprawdę każdemu z Was zdarza się negocjować. Bardzo często nawet nie zdajecie sobie z tego sprawy. Co więcej - negujecie samą potrzebę tego procesu. Nie wiedzieć czemu, „negocjacja” bardzo często jest utożsamiana z „targowaniem się” albo ( i to jest najgorsze) z próbą „ugrania” czegoś.


Nie gniewajcie się za to całe uogólnienie. Wiem - to nie jest sprawiedliwe. Załóżmy więc po prostu, że zrobiłem to tylko na potrzeby wpisu. Będzie mi wtedy łatwiej. W każdym razie naprawdę warto uświadomić sobie, że w negocjowaniu nie ma nic złego. Pod warunkiem, że jest to świadoma negocjacja. Nie ma co się oszukiwać - z niej tak naprawdę składa się życie. Ty chcesz coś, ktoś to ma i trzeba coś z tym zrobić. Proste, prawda? Oczywiście pomijając fakt, że obie strony mają czuć się wygrane.

W moim przypadku z negocjacjami mam ciągle do czynienia w pracy. Dlatego w życiu prywatnym odpuszczam - całkowicie świadomie. Przez to często (i gęsto) dostaje w dupę, ale nie mam o to do nikogo pretensji. Mój wybór - moja obolała dupa. Tylko wiecie - ja wiem, dlaczego mnie boli. Biorę to, że tak się wyrażę „na klatę”. Mam jednak nieodparte wrażenie, że większość ludzi nie. Skąd tyle frustracji z powodu pracy, zarobków, nieudanych związków, kontaktów międzyludzkich itp.
A przecież to takie proste. Krótka piłka - wiesz, czego chcesz i negocjujesz, by to mieć. To najprostsza droga do szczęścia i dobrobytu. Jeśli się wybiera inne metody (przy założeniu, że robi się to świadomie. To ma być wybór a nie naiwność) to trzeba być przygotowanym na cierpienie. Ja jestem.
Pozdrawiam
Globus
P.S
Jak Wam idą negocjacje?

czwartek, 28 lipca 2011

Łakocie i witaminy

Pamiętacie tą reklamę cukierków, w której dobra mama wybierając słodyczy dla dzieci z radością odkrywa coś, co jest jednocześnie smaczne i zdrowe. Błogi wyraz jej twarzy i radość dzieci są znaczące - można połączyć przyjemne z pożytecznym. Ba, nawet trzeba. Przecież dobra, kochająca mama nie może pozwolić, by jej pociechy „faszerowały” się czymś, co zawiera mnóstwo cukru, tłuszczy itp. Nie może również pozbawić dziecka tego cudownego i niepowtarzalnego uczucia rozpływającej się ustach słodkości.



Niby reklama jak każda inna, ale jakoś szczególnie utkwiła mi w pamięci. Może to z mojej strony nadinterpretacja (z drugie strony, co nią nie jest?), ale dla mnie w tej reklamie jest coś „syfnego” ( przepraszam za wyrażenie, ale tak to właśnie rozumiem). Jej przekaz jest prosty jak drut - można zjeść rybkę i mieć rybkę! Życie na skróty jest możliwe, łatwe i przyjemne. Nie wymaga podejmowania odważnych, trudnych decyzji. Matka z reklamy mogłaby spokojnie wytłumaczyć dziecku, że jedzenie słodyczy nie jest zdrowe i zamiast tego da mu jakiś owoc. Nie wspominając o własnoręcznie upieczonej szarlotce. Pociecha na początku byłaby zła, pewnie nie obeszłoby się bez krzyków i łez, ale podobno cel uświęca środki ( nie wspominając już o „przez ciernie do gwiazd”). Ludzie jednak nie lubią radykalnych rozwiązań, wolą żyć złudzeniami i oszukiwać samych siebie. Na tej samej zasadzie kobiety chodzą na obcasach, które nie są bardzo wygodne (tu nie mogę być obiektywny, ale jestem pewien, że chodzenie na obcasach nie może być wygodne! Jeśli się mylę poprawcie mnie), jedzą jakieś ziarna na śniadanie, bo zdrowe i smaczne ( nie wierze, nie wierze).
Oczywiście ktoś może mi zarzucić, że czepiam się reklam, które nijak mają się do naszego życia. Wydaje mi się jednak, że ich twórcy czerpią z tego, co widzą dookoła.
Nie da się nie zauważyć, że ludzie bardzo często wybierają drogę na skróty. Ma być łatwo i przyjemnie (w przypadku obcasów efektownie). Liczy się tak naprawdę jedno - świadomość, że można mieć jednocześnie łakocie i witaminy.
Osobiście bardziej podobało mi się hasło „życie to sztuka wyboru”.
Pozdrawiam,
Globus

poniedziałek, 25 lipca 2011

Harry Potter

Nie należę do fanów Harry’ego Pottera . Ze względu na wiek nie załapałem się na to całe szaleństwo. Podoba mi się jednak to, że dzięki tej całej sadze dzieci zaczęły czytać książki. To jest naprawdę coś. Widziałem też prawie wszystkie filmy (moje poprzednie sympatie zaliczały się do wiernych fanek Harrego, chcąc nie chcąc byłem na bieżąco). Przyznaję- wciągające, z każdą kolejną serią bardziej. Zdziwił mnie jednak bardzo jeden fakt - na ostatniej części (Insygnia Śmierci cz.1) na Sali było mnóstwo dzieciaków z rodzicami. Nie podoba mi się, że dzieciaki oglądają filmy pełne przemocy i krwi. Można bagatelizować ten problem, ale moim zdaniem to błąd. Może z powodu obecności kota w moim życiu stałem się bardziej odpowiedzialny?



Generalnie czuję się młody. Do czasu. Nie chodzi mi wcale o to, że coś mnie strzyka ( ok- mam mieć operację barku, ale to po prostu wspinaczkowa kontuzja) – nie, nie. Dziwnie się czuję, kiedy przebywam w towarzystwie dajmy na to gimnazjalistów. Mam wrażenie, że oni są inni niż ja, kiedy byłem w ich wieku. Tyle w nich agresji, wulgarności i brawury. Nie mam pojęcia z czego to się bierze. Macie jakieś swoje teorie?
Oczywiście nie chcę uogólniać- znam parę naprawdę świetnych dzieciaków. Wierzę, że jest ich więcej. Piszę tylko o tym, co widać na ulicach. Nie rozumiem, więc dlaczego rodzice dobrowolnie zabierają dzieci (na około miały 8, 9 lat) na filmy, które z pewnością nie są dla nich przeznaczone. Nie byłem jeszcze na ostatniej części Harry’ego Pottera, ale jestem pewien, że nie będą go oglądali tylko dorośli. Dlaczego?
Pozdrawiam
Globus
P.S
Zadzwonił do mnie kolega z urlopu i mówi „ Stary Amy Winehouse nie żyje. To straszne, prawda?”. Jakoś wydarzenia w Norwegii nie zrobiły na nim wrażenia…

środa, 20 lipca 2011

Kradziejstwo!

Mój dzisiejszy wpis miał być bardzo optymistyczny. Moja sprzedaż w tym miesiącu wypadła wprost rewelacyjnie, nie dość, że dostałem premię to jeszcze ( uwaga, uwaga) podwyżkę! Nareszcie mogę sobie pozwolić na to, co chcę, a nie na to, co jest mi potrzebne do przeżycia. Poważnie zacząłem rozważać wzięcie kredytu na samochód i mieszkanie. W tym momencie nie byłoby to dla mnie jakimś ogromnym obciążeniem. W pierwotnym założeniu chciałem się tym z Wami podzielić (no może trochę pochwalić - przyznaje i przepraszam), ale lipa. Mój dobry nastrój prysł niczym bańka mydlana.



Wychodząc rano do pracy wypłaciłem sobie z bankomatu około 500 złotych. Normalnie płacę kartą, ale chciałem mamie kupić przepiękny stół i nakaslik w galerii. Miałem to zrobić po pracy. Wchodząc do gmachu rodzimej firmy czułem się jak dziecko szczęścia - nie dość, że mam pracę, którą lubię to jeszcze zarabiam na tyle dużo, że mogę bliskim bez okazji sprawiać drobne prezenty. Tak swoją drogą nie uważacie, że o wiele przyjemniej jest coś komuś kupić niż wydać te pieniądze na siebie? Ciekawa sprawa:)W każdym razie po standardowych ośmiu godzinach wychodzę z pracy i sięgam po portfel. Chyba nie trudno zgadnąć, co odkryłem - portfela nie było. Uczucie koszmarne. Najgorsze jednak miało dopiero nastąpić, bo uświadomiłem sobie, że zostałem okradziony w firmie. Nie ma możliwości, by dostał się do miejsca gdzie pracuję ktoś z zewnątrz. Wszyscy dobrze się znamy i do tej pory myślałem, że mamy naprawdę zgraną ekipę. O każdej osobie wiem całkiem sporo, z każdą byłem, chociaż raz na piwie. Wiecie jak się teraz czuję?
Najgorsze jest to, że muszę się szybko wziąć w garść. Jutro z prawie całym działem sprzedaży uczestniczę w szkoleniach Axona. To potrwa około trzech, czterech godzin. Będę się wpatrywać w twarze ludzi i zastanawiać, „kto?”. Trudno tak po prostu przejść nad tym faktem do porządku dziennego.
Pozdrawiam
Szczęśliwy Globus In spe

poniedziałek, 18 lipca 2011

Halo, halo?

Nie pisałem przez jakiś czas, ale mam dobre wytłumaczenie. Nie było mnie! Nawet on-line:)Wybrałem się na krótki, aczkolwiek intensywny wypoczynek. Sam pomysł wyjazdu był jak najbardziej spontaniczny, nieprzemyślany do końca, ale jak się okazało bardzo potrzebny. Pojechałem do…Olsztyna na Olsztyńskie Noce Bluesowe. Ten festiwal był absolutnie wyjątkowy – w tym roku obchodził swoje dwudziestolecie! Zagrał między innymi Dżem, Nocna Zmiana Bluesa, Jan Błędowski, Hard Times i absolutnie wyjątkowy Robert Randolph. Fantastycznie, że do Polski przyjeżdżają muzycy takiego formatu. Zresztą posłuchajcie sami:



Parę dni wśród absolutnie fantastycznych dźwięków I wypocząłem bardziej niż gdybym leżał na plaży. Zrobiłem kilka zdjęć, które następnie przez własne gapiostwo skasowałem. Zachowało się tylko jedno:



To jest tak zwana „mała scena”. Główny koncert odbywał się w Amfiteatrze. Oprócz doskonałej muzyki odnotowałem jedną ciekawą rzecz - nie widziałem ani jednego zataczającego się człowieka. Przyczyny tego faktu upatruję w tym, że alkohol, który można było kupić (tylko piwo) był niemiłosiernie rozrzedzony:) Może jest to patent, który warto wykorzystywać przy imprezach masowych. Jak sądzicie?
W każdym razie, jeśli tak, jak jeszcze jakiś czas temu ja, czujecie się zmęczeni to koniecznie wyjedźcie z miasta na parę dni! Wierzcie mi – warto. Ja teraz czuję się jak nowonarodzony. A może już odpoczywacie w jakiś interesujących zakątkach?
Pozdrawiam
Globus

środa, 6 lipca 2011

Wieczór poezji bez poezji

Zachciało mi się na stare lata posłuchać poezji w ciemnej piwnicy na Kazimierzu. A co? Trochę kultury nie zaszkodzi! Pies u sąsiadki ( tak swoją drogą ona jest niesamowita - nie muszę już szukać dziewczyny, bo jestem pewien, że żadna nie pokocha mojego psa tak jak ona), przygotowanie ofert zakończone – hulaj dusza.
Przyznam się szczerze, że nigdy nie byłem na takim wieczorze poetyckim i trochę się obawiałem. Głównie sprawiania wrażenie „obcego”, buraka z jakimiś intelektualnymi pretensjami, który oderwał się na chwilę od pracy i zapragnął „ zażyć” trochę kulturki. Na dodanie sobie odwagi wybrałem się z moją znajomą - bardzo sympatycznie wizualnie początkującą poetką. To, co mnie tam spotkało nie da się opisać, ale spróbuję.



Weszliśmy i miałem niedoparte wrażenie, ze wszyscy zgromadzeni ludzie żywią się tylko poezją. Zapadnięte oczy, ziemista cera, udręczony wyraz twarzy. Tak było tylko do czasu W pewnym momencie zauważyłem, że po sali „krąży” plastikowa butelka po jakiejś wodzie mineralnej. W końcu dotarła i do nas. Usłyszałem tylko „to od poetów”- nie mogłem odmówić. To nawet nie był drink tylko czysta wódka. Z każdą chwilą robiło się coraz weselej. Nikomu nie przeszkadzało, że niemal, co drugi wiersz był bez tytułu, a co poniektórzy nie byli w stanie przeczytać swoich wierszy - i tak brawa były, że tak powiem, rzęsiste! Poezja wypełniała całą salę - plastikowa butelka z alkoholem była poezją, jak również krzesła, schody i lampka. No i każdy powoli stawał się poetą - coś niesamowitego.
Powiem Wam jedno - poezję w takiej formie kupuję! Problem tylko w tym, że na drugi dzień czułem się gorzej niż źle. Parę takich wieczorów i chyba bym umarł. Kocham Kraków, a Wy?
Pozdrawiam
Globus

czwartek, 30 czerwca 2011

Jam jest dobry na wszystko

Do mojej sąsiadki przyjechały wnuki. Jak zobaczyły psiaka to się w nim zakochały. Błagały mnie niemal bym pozwolił im zatrzymać go na noc. Wiecie, co to oznaczało? Oczywiście wolny wieczór! Takiej okazji się nie marnuje- poszedłem ze znajomymi na jam session.
Bawiłem się jak zwykle wyśmienicie. Taki koncert to dla mnie potężna dawka energii. Przy okazji spotkałem wiele osób, których nie widziałem od dłuższego czasu. Większość z nich naprawdę miała co opowiadać - temu się urodziło dziecko, tamten się żeni… A ja? Mogłem się pochwalić, że mam psa i bardzo ciekawą pracę. Chociaż tyle
Ten cały jam session był mi potrzebny jak nigdy wcześniej. Jeden z moich klientów nie przedłużył umowy. Niby to nic takiego - w końcu nie pierwszy raz mnie to spotyka, ale jakoś bardzo mnie to zdołowało. To był jeden z tych gości, z którym współpraca układała się rewelacyjnie. Spotykaliśmy się również na niwie prywatnej - od czasu do czasu graliśmy w tenisa i wychodziliśmy na piwo. Niestety dostał propozycję, która bardziej mu pasowała. Nawet nie dało się go przekonać. Z pokerowym uśmiechem powiedział mi, że tej propozycji nic nie przebije. Trochę pokory mi nie zaszkodzi - na pewno. Z drugiej strony ciężko mi się pogodzić z tym, że straciłem klienta, z którym byłem tak blisko. Żadnemu innemu nie poświęciłem tak dużo czasu i żadnego innego nie byłem tak pewien. Prawo Murphiego?
W każdym razie muzyka ukoiła trochę moje smutki i jestem pewien, że następne spotkanie z coachem z Axona zmotywuje mnie do jeszcze większej pracy.
Czasami jest tak, że trzeba po prostu przyjąć to, co przynosi życie i…posłuchać muzyki. Dla każdego z Was, kto czuje się, choć trochę podobnie piosenka ze specjalna dedykację:

Pozdrawiam
Globus

środa, 29 czerwca 2011

Jestem na „nie”!!!!

Muszę się z Wami tym podzielić - nie daję rady! Mój pies mimo pozorów słodyczy jest jakimś potworem. Nie powiem - wygląda słodko, ma prześliczną mordkę i mądre oczy, ale na tym koniec. Cały czas jęczy (bo szczekaniem tego nazwać nie można) i uspokaja się tylko wtedy, kiedy biorę go na ręce. Całe szczęście, że mam wyrozumiałą i przesympatyczną sąsiadkę, która chętnie (pytanie jak długo) się nim zajmuje, kiedy jestem w pracy. Wniosek jest jeden - muszę sobie znaleźć dziewczynę, która pokocha mojego psa bardziej niż mnie!


Jak na ironię w pracy jest świetnie. Trafiają mi się coraz poważniejsi klienci. Czuję się doceniany, a mój portfel dopieszczony. Chociaż tyle Kolejnym pozytywem jest to, że pewna osoba z firmy, którą niespecjalnie lubię, odchodzi z pracy. Z całych sił próbuję nie okazywać radości, ale to baaardzo trudne. Ze zdziwieniem zauważyłem, że nie tylko ja się cieszę. Reszta zespołu też jest w euforii. No i dobrze - atmosfera w pracy przekłada się na jakość wykonywanych działań. Trudno się z tym nie zgodzić, prawda? Czasami nawet jeden pracownik może doprowadzić do totalnego zamieszania.

Oczywiście nie samą pracą człowiek żyje. Ja w końcu mam jeszcze psa Postanowiłem jednak zrobić coś, czego nie robiłem od bardzo dawna. Nie, że mi się nie chciało - po prostu nie miałem na to czasu. Często wracając z pracy miałem tylko siły na to, by wziąć prysznic. Jednak nie tym razem (żeby nie było – nie chodzi o prysznic). Wziąłem do ręki książkę, którą czytałem dawno temu „Nieznośną lekkość bytu” Kundery. Chciałem ją sobie przypomnieć, bo pamiętałem z niej tylko tyle, że zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Tak też było i tym razem. Po raz kolejny przekonałem się, co czyni książkę wyjątkową. To emocje i przemyślenia, jakie wywołuje. Tak mi się nasunęło, że każdy tak jak bohater Tomasz jest mniej lub bardziej zniewolony. Koniecznie trzeba z tym walczyć, ale nie zapominając o życiu, które toczy się nieubłagalnie. Zawsze istnieje nisza, która daje (złudne - trzeba mieć tego świadomość) poczucie wolności. Tomasz szukał jej w ramionach innych kobiet, a ja w dusznych krakowskich knajpach, gdzie gra się świetną muzykę. Wiecie, o czym mówię?
Pozdrawiam
Globus

poniedziałek, 27 czerwca 2011

OOOdpowiedzialność

Mam świadomość tego, że mimo pozorów normalności jestem skłonny do różnego rodzaju szaleństw. Większość, które popełniłem nie nadają się do opowiedzenia szerszemu gronu. Zawsze jednak miałem dobre wytłumaczenie. Po pierwsze jestem jeszcze młody i mogę sobie pozwolić na odloty, po drugie nie mam rodziny i nie jestem za nikogo odpowiedzialny.

No, więc Moi Drodzy - skończyła się laba. Koniec pięknych lat beztroski! Wiem jak do tego doszło, ale nadal jestem w szoku!!! Pojawienie się małej bezbronnej istoty w moim życiu totalnie wywróciło je do góry nogami. Ja, do tej pory facet, (co tu ukrywać) żyjący tak naprawdę tylko dla siebie, nagle stałem się właścicielem 6-tygodniowego psiaka. Nawet tego nie chciałem - wiem, że nie mam odpowiednich warunków, by trzymać jakiekolwiek zwierzę. Miałem kiedyś co prawda rybkę, ale nie pożyła ona długo. Życie bywa zaskakujące.

Dzień zaczął się zupełnie normalnie. Wstałem, umyłem się, sprawdziłem pocztę, facebooka i planowałem wyjść na krótki spacer (po bułki do sklepu…). Pod drzwiami mieszkania na wycieraczce znalazłem worek, a w nim szczeniaka. Tak po prostu. Pewnie jakiś cwaniak pomyślał, że to świetny sposób na pozbycie się zwierzaka. Wyszło mu.
Próbowałem znaleźć psiakowi jakiś inny dom, ale, mimo iż mam pełno znajomych, którzy głośno deklarowali się, że chcą mieć psa, nikt nie czuł się gotowy na taki krok.
No więc jestem - ja i mój pies! Odpowiedzialność ogromna, ale mam wrażenie, że będzie dobrze. Nie można przecież całe życie uciekać od OOOdpowiedzialności, prawda? Kto wie - może to będzie impuls do następnego kroku…
Pozdrawiam
Globus

Dawać ze szmaty - kontynuacja

Może niektórzy z Was pamiętają, że swego czasu dość sporo się wspinałem. Mogę nawet śmiało stwierdzić - to było całe moje życie. Miałem nawet plan, żeby połączyć przyjemne z pożytecznym i sprawić, by stało to się moim źródłem utrzymania. Tak nawet było przez chwilę, ale że jestem osobnikiem przyzwyczajonym do pewnych luksusów - ciepłej wody, kawy z ekspresu, wypadów do restauracji od czasu do czasu, książek, płyt, kina - musiałem odpuścić. Nawet dobrze mi z tym, ale miło jest powspominać czasy, kiedy się jeszcze nie było paralitykiem...




Wspinanie nauczyło mnie dwóch bardzo ważnych rzeczy, które stosuje zarówno w życiu zawodowym, jak i prywatnym. Pierwsza to „uwierz w ducha”, czyli stan, w którym nie mając zaufania do danej krawądki, szczeliny, podchwytu czy tarcia, po prostu się go nabiera• Wbrew pozorom nie chodzi tu o jakąś brawurę, niepotrzebne ryzyko. To bardziej nauka wiary we własne możliwości - najczęściej te potencjalne! Póki się nie spróbuje nie ma się pewności, że czegoś się nie zrobi. Często i gęsto mówi się o pewności siebie, wiary we własne możliwości itp. Przeważnie jest to jednak czyste teoretyzowanie. No, więc ja „wierzę w ducha”! Sprawdzam się w coraz to nowych sytuacjach i nigdy nie wątpię w swoje możliwości, pamiętając o tym ile czasu i trudu wkładam w samorozwój!

Druga rzecz to „dawać ze szmaty”. Zdefiniowanie tego zjawiska będzie o wiele trudniejsze. Generalnie w tym stwierdzeniu w sloganie wspinaczy chodzi o umiejętność podciągnięcia się na drążku (oczywiście nie tylko - na wszystkim, czego można się chwycić) na jednej ręce. Najlepiej jeszcze parę razy. W sumie niewiele osób to potrafi. Ta umiejętność jest zarezerwowana dla prawdziwych łojaczy! Bez względu na to, w jakim środowisku się obracam staram się pielęgnować te umiejętności, które są w nim niezwykle rzadkie i… cenione. To się opłaca. Nie ważne czy chodzi o naukę języka hebrajskiego czy nowe techniki sprzedaży. Zawsze staram się być parę kroków przed innymi.
A czy Wy dajecie czasem ze szmaty?
Pozdrawiam
Globus

niedziela, 26 czerwca 2011

Szukając ukojenia

Ludzie szukają pocieszenia na różne sposoby. Niektórzy sięgają po używki, inni uciekają w pracę. Ja należę do tych pośrodku. Przyznam Wam się szczerze, że od roku walczę z nałogiem nikotynowym. Oczywiście mam pełną świadomość tego, że w niczym mi on tak naprawdę nie pomaga. Po zapaleniu papierosa nie jestem bardziej spokojny, wręcz przeciwnie. Zdaję sobie sprawę z tego, że brak papierosa potęguje moja irytację na ten świat! Paradoksalnie to, co ma mi przynieść uspokojenie, zarazem potęguje niepokój! Czuję się jak niewolnik i zamierzam w przyszłości skończyć z nałogiem. Ciekawy jestem czy Wy macie chociaż trochę podobnie? Czasami nawet jedzenie czekolady może być nałogiem…
Poza tym mam jeszcze pracę i muzykę. Ta pierwsza oczywiście siłą rzeczy generuje napięcia
i konflikty. Często wracając do domu nie mogę się jeszcze uspokoić i raz jeszcze przeżywam i analizuję wszystko to, czego doświadczyłem w pracy. Faktem jednak jest, że nieraz to właśnie praca pomogła mi otrząsnąć się z różnych życiowych perypetii. Zawsze o tym pamiętam.
Swego czasu wspinanie było dla mnie odskocznią od rzeczywistości. Taką czynnością, która dawała mi ogromny power. Niestety przez moje lekceważenie zdrowia na razie nie mogę się wspinać - czeka mnie operacja barku. To nic takiego strasznego - po prostu bagatelizowałem (przez lata) drobne kontuzje i mam tego efekt.
Wiecie, co zawsze poprawia mi nastrój? Nie trudno zgadnąć - muzyka. Naprawdę wierzę, że ma ona silnie terapeutyczne właściwości. Każdy koncert, każda nowa płyta to dla mnie prawdziwe katharsis. Wszelkie złe emocje ze mnie opadają i mogę skupiać się na innych czynnościach. Wiecie, o czym mówię? Dochodzę do wniosku, że człowiek, który ma mętlik w głowie, który ma różne problemy, którym targają skrajne emocje nie może efektywnie pracować. Każda jego wykonywana czynność będzie mniej lub bardziej połowiczna. Zgadzacie się ze mną? Mam dla Was piosenkę, którą ostatnio często słucham.

Pozdrawiam
Globus

sobota, 25 czerwca 2011

Dobry i zły policjant!


Każdy rasowy handlowiec powie Wam, że klienta darzy się specyficznym uczuciem. Z jednej strony dba się o niego i robi wszystko, żeby go nie stracić. Z drugiej strony bardzo często podczas negocjacji z nim używa się metod na tyle skutecznych, że samo ich zastosowanie zdaje się być… nieludzkie. Ciężko się do tego przyznać, ale prawda jest taka, że klient wobec dobrego handlowca bywa bezbronny. Odpowiedzialność, jaka wiąże się z tym zawodem jest w związku z tym ogromna. No chyba, że jest się jednostką nastawioną tylko na zysk. Znam takich, ale sam do nich nie należę. Muszę mieć pewność, że to, co proponuję klientowi jest dla niego dobre. To nie są puste słowa - naprawdę tak do tego podchodzę.
Sentymenty sentymentami, ale nie da się ukryć, że liczy się też efekt. Niektórych klientów trochę trudniej przekonać do swoich racji, niż innych. Podam Wam konkretny przykład. Pewien bardzo poważny przedsiębiorca (powagi dodaje mu zawartość portfela) chciał zrezygnować z naszych usług, a przynajmniej sprawiał takie wrażenie. Nie muszę chyba dodawać, że to bardzo cenny dla nas klient.
Zebrał się więc cały sztab kryzysowy w firmie i przez ponad dwie godziny opracowywana była strategia działań. Klient umówił się z nami na spotkanie już następnego dnia! Wspólnie doszliśmy do wniosku, że w tym trudnym przypadku sprawdzi się tylko jeden model negocjacji: dobry i zły policjant • Do rozmów zostałem wytypowany ja i… Bartek-Pudel ( of course). Nigdy nie miałem okazji przećwiczyć w realnej sytuacji tego sposobu. Właściwie to tylko na szkoleniach w Axonie. W dużym skrócie polega to na tym, że jest dwóch negocjatorów, (czyli rozkład sił 2:1). Jeden z nich rozmawia w sposób spokojny, ma sprawiać wrażenie wyważonego i wzbudzić w kliencie sympatię. Ten ostatni powinien widzieć w nim oparcie i sympatyka! Z kolei tej drugi wchodzi w rolę ostrego krytyka, jest napastliwy (oczywiście w kulturalny sposób), nieustępliwy i stawia wygórowane żądania. Tak prowadzone negocjacje mają ogromną siłę rażenia. Klient czuje się zdezorientowany i intuicyjnie ufa temu „dobremu”. Tak też było w naszym przypadku. Nigdy nie zgadniecie, jaki był podział ról w naszej ekipie• Ja byłem tym złym policjantem, a Bartek tym dobrym. Obaj idealnie weszliśmy w nasze role i rozegraliśmy spotkanie po mistrzowsku. Klient był nasz!




Mogło się wydawać, że byliśmy z góry skazani na porażkę. No, bo skoro walczyliśmy o przedłużenie umowy to nasza rola sprowadzała się tylko do uśmiechania i przekonywania o tym, jaka nasza oferta jest super-chruper! Nic bardziej mylnego. Po pierwsze klient sam zaproponował spotkanie, co świadczyło o tym, że tak naprawdę chciał dalszej współpracy, tylko na innych warunkach. Po drugie nie mieliśmy nawet cienia wątpliwości, że nasza oferta jest idealnie dopasowana pod klienta, a on posiada odpowiednie środki, by tak było dalej!
Możecie sobie wyobrazić Globusa jako złego policjanta?

Pozdrawiam
Globus

poniedziałek, 20 czerwca 2011

Po ilu telefonach się uśmiechniesz

Zawsze lubiłem moją pracę - chyba nie jest to dla Was tajemnicą. Co prawda teraz panuje taka moda, żeby praca była tylko dodatkiem do życia, ale ja nigdy tego nie kupowałem. Jeśli chcesz być w czymś naprawdę dobry (a moje ambicje są naprawdę wielkie) to musisz się temu oddać bez reszty.
Ostatnio odkryłem, że praca może spełniać bardzo ważną funkcję - terapeutyczną. Banalne, ale prawdziwe. Sam się dziwię mojej zdolności regeneracji. Wydawało mi się, że będę dłużej cierpieć. A tu lipa Na pewno duża w tym zasługa atmosfery, jaka panuje u mnie w firmie. Mówię Wam - chcecie się pośmiać to koniecznie musicie podsłuchać sprzedawców w pracy. Tego nie da się opisać. Najzabawniejsze są momenty tuż przed wykonaniem telefonu do klienta. Ilość skojarzeń z nazwiskiem, profesją jest wręcz kosmicznie nieograniczona. Takie „popuszczenie balonika” dobrze robi. W końcu sprzedawca musi mieć w sobie odpowiednią ilość luzu (nie mylić z luzactwem).


Opowiem Wam zabawną historię. Pamiętacie zapewne Rudą (moją ex i szefową w jednym) oraz Bartka- Pudla (odwieczny rywal na każdym polu)? Zaręczyli się… Co w tym śmiesznego? No chyba to, że Ruda jest nadal mężatką - nikt o tym, łącznie ze mną nie wiedział. Okazało się, że mąż rudej mieszka we Francji i przyjeżdża raz w miesiącu. Zapewne wrodzona delikatność tej kobiety sprawiła, że nie podzieliła się tą informacją. Jak się dowiedzieliśmy? Mąż Rudej pewnego dnia przyszedł do firmy i powiedział, że chce rozmawiać z żoną. Nasza niezwykle obrotna sekretarka wyciągnęła od niego wszystkie potrzebne informacje. Normalnie szok. Niech mi ktoś teraz powie, że kobiety nie są przewrotne.
Nie byłbym sobą, gdybym nie wyciągnął wniosków dla siebie z całej tej sytuacji. Nie wolno budować własnego szczęścia wokół jednej osoby. Miłość jest piękna - nie da się jednak ukryć, że to choroba, która z czasem mija. Wysiłek włożony w związek może się okazać (w 80 przypadkach na 100) kompletnie niepotrzebny. Jeśli z tą samą energią podchodzi się do pracy to zawsze (prędzej czy później) ma się tego rezultaty.
Pozdrawiam
Globus

sobota, 18 czerwca 2011

Czy masz ochotę na kanapkę z szynką?

Nie pisałem przez jakiś czas, bo po prostu nie mogłem. Przyznam się Wam szczerze, że miałem wyjątkowo kryzysowy moment w życiu. Nie chodzi o pracę – idzie mi nawet całkiem nieźle. Tylko… zacząłem wątpić w siebie, w słuszność wyborów, które dokonuję mniej lub bardziej świadomie.
Przez moment zapragnąłem być robotem - serio, serio, serio. Taką maszyną, która nic nie czuje, tylko z mechaniczną precyzją wykonuje swoje zadanie. Nic jej nie rozprasza, bo nic nie czuje. Zaraz zapewne ktoś z Was odpisze mi, że życie jest mało warte, jeśli nie doświadcza się pełnej gamy uczuć i emocji. Może i coś w tym jest, ale nie podnosi mnie to na duchu. Bardzo się na kimś zawiodłem, a co gorsza - poczułem się wykorzystany. Sam nie wiem, czemu tak mnie to ruszyło. Fakt jest taki, że ten z pozoru drobny incydent pozbawił mnie radości z pewnych sukcesów. Nie cieszyły mnie podpisane umowy, chociaż dawniej umówiłbym się z kumplami na piwo, by to uczcić.


Chciałbym mieć już ten koszmarny etap za sobą. Bardzo. Nie poradzę jednak nic na to, że jestem w tym miejscu i czuję to, co czuję. Myślę, że ten, kto wymyśli eliksir na złamane serce ( i ego) zostanie najbogatszym człowiekiem na świecie. Szkoda, że pewnie już tego nie dożyję. Koniec marudzenia.
Nie chcę po prostu chodzić do pracy - ja chcę tą pracą żyć! Ona ma mnie uskrzydlać, dodawać sił i energii. Tak było, ale gdzieś po drodze to zgubiłem.
Spotkałem się ostatnio z moim znajomym, myślę, że śmiało mogę go nazwać przyjacielem. Opowiedziałem dokładnie, co mnie dręczy, na co on spokojnie spojrzał na mnie i powiedział: „Masz ochotę na kanapkę z szynką?”. To było genialne, serio. W jednej chwili zrozumiałem, że nie dostanę lepszej rady - trzeba po prostu zająć się życiem. Proste.
Pozdrawiam
Globus

wtorek, 31 maja 2011

Nie ile, ale jak, czyli o technice negocjacji

Ostatni tydzień w pracy był niesamowicie nerwowy. Bardzo wielu klientom kończyły się umowy i trzeba było dzielnie zawalczyć o ich przedłużenie. Dawniej ten aspekt pracy był dla mnie najgorszy i przyznam się szczerze, że klient mógł ze mną zrobić niemal wszystko. Nasza relacja przypominała relację rodzic - dziecko. Oczywiście to ja byłem tą osobą małoletnią. Musiałem zrobić niemal wszystko, by rodzic ( klient) zgodził się podpisać zgodę na wycieczkę szkolną (umowę). Bardzo często na takim podejściu dużo traciłem.
Jak to się mówi, „praktyka czyni mistrza”! W moim przypadku dokładnie tak było - praktyka + odpowiednie narzędzia zdobyte na szkoleniach. Razem z coachem z Axona przygotowaliśmy małe „ABC” negocjacji. Postanowiłem się z Wami nim podzielić. Nawet, jeśli nie pracujecie jako sprzedawcy, to warto je sobie przyswoić - na negocjacjach tak naprawdę opiera się życie.
G. Karrass „ W negacjach handlowych, sposób ustępowania bywa ważniejszy niż samo ustępstwo. W zależności od sposobu, ustępstwo może ci ułatwić albo utrudnić przeprowadzaną transakcję”.
Nie da się ukryć, że podczas negocjacji nie raz dochodzi do ustępstw. Warto mieć jednak świadomość tego, że przestrzegając pewnych zasad ułatwiamy sobie życie:
1. Ustępstwa nigdy nie mogą być zbyt duże! Sam fakt pójścia na ustępstwo, a nie jego rozmiar ma znaczenie. Niewielkie ustępstwo zazwyczaj powoduje chęć rewanżu. Duże przeważnie zachłanność.
2. Ustępować należy z oporem i niezbyt szybko - wytłumaczenie jest proste: bardziej się ceni coś, o co trzeba dłużej zabiegać. Chyba zależy Ci na satysfakcji drugiej strony, prawda?
3. Stopniowo zmniejszać ustępstwa - dzięki temu druga osoba jest zmuszona do wcześniejszego zdeklarowania się, ma bowiem przeświadczenie, że za chwilę nastąpi granica możliwości partnera.
4. Nie każde ustępstwo należy odwzajemniać.
5. Należy strzec się potęgowania ustępstw przy końcu negocjacji. Technika ta ma na celu rozszerzenie wymagań i żądań mimo pozornego zakończenia negocjacji.
6. Nie wolno zdradzać swojego zadowolenia spowodowanego ustępstwem.
7. Trzeba zwracać szczególną uwagę czy druga strona zdaje sobie sprawę z wagi i znaczenia pozyskanego ustępstwa.
8. Trzeba mieć na uwadze poczynione wcześniej ustępstwa i co jakiś czas przypominać o nich partnerowi.
9. Należy mierzyć wysoko!!!!
Jednym zdaniem - dobry negocjator to zarazem rasowy pokerzysta! Bo negocjacja tak naprawdę jest grą, ale nigdy zabawą.
Pozdrawiam
Globus

poniedziałek, 30 maja 2011

W młodości siła!

Wiecie zapewne, że jestem wielkim miłośnikiem wszelkiego rodzaju imprez bluesowych w Krakowie. Nie mogłem więc obojętnie przejść wobec Bluesroad Festival - pierwszego krakowskiego festiwalu zorganizowanego przez grupę studentów. Pomysł godny pochwały! Oczywiście postanowiłem osobiście przekonać się jak impreza będzie przebiegać. Zachęciło mnie do tego też to, że wstęp na wszystkie imprezy jest darmowy.



Na początku zaliczyłem tylko koncert Limbowski Duo. Wrażenie? Generalnie mieszane. Przede wszystkim zabrakło publiczności. Zastanawiam się czy to efekt tego, że mało osób lubi taką muzykę, czy może zabrakło tu dobrego PR… Niemniej ci, którzy przyszli bawili się nieźle - prawie wszyscy. Ujął mnie szczególnie jeden mężczyzna na wózku inwalidzkim, który autentycznie przeżywał to, co się działo na scenie. Widać było radość w jego oczach i zachwyt muzyką. Naprawdę przyjemnie się na niego patrzyło, szczególnie, że był jedną z najbardziej ruchliwych osób na koncercie.
Próbowałem wyciągnąć na festiwal parę osób z pracy, ale bez efektów. Trudno. Nadal mam jednak nadzieję, że impreza zakończy się dużym sukcesem. Nie chodzi tylko o to, że to będzie triumf bluesa. Bardziej ujmują mnie ci młodzi ludzie. Zaczynali praktycznie od zera - nie mieli doświadczenia, ale szczere chęci, wiarę i zapał do nauki. Mogli iść na łatwiznę i zorganizować festiwal techno albo pop - na pewno wiele ludzi by to przyciągnęło.
Zawsze mocno wierzyłem w to, że chcieć to móc. Dlatego ilekroć obserwuję ludzi, którzy mają podobne podejście do życia to mocno trzymam za nich kciuki. Tak jakby chodziło o mnie…
Nie powiem - ciężko wstawało mi się do pracy rano, ale wiecie co? Dostałem na koncercie potężną dawkę energii i optymizmu, więc mam pewność, że było warto.
kiedy festiwal się już skończy uwierzyłem w „Można? Można!!!” To był ogromny sukces, a ludzie bawili się naprawdę świetnie.
Pozdrawiam
Globus
P.S
Był ktoś z was może na festiwalu?

piątek, 27 maja 2011

Asertywność jest w cenie

Pisałem Wam ostatnio, że średnio wychodzę na byciu przyzwoitym do bólu (tylko trochę przesadzam). Co prawda dzięki temu jestem bardzo lubiany, ale akurat na tym nie zależy mi aż tak bardzo. Kiedy siedzę wieczorem przed kompem i wykonuję (de facto) pracę za kogoś (nie wnikajmy jak do tego dochodzi) to obiecuje sobie - ostatni raz! Oczywiście sytuacja się powtarza…

Wychodzi na to, że jeśli nie zmienię podejścia do pracy (a może tak naprawdę do siebie), to co któryś tam wieczór będę się czuł jak skończony frajer. Wyobraźcie sobie, że od ponad dwóch tygodni nie byłem na żadnym koncercie!!! Nawet nie mam kiedy kupić sobie wymarzonego gramofonu. Postanowiłem zmienić tę sytuację, dlatego dla własnych potrzeb stworzyłem „mały dekalog Globusa”. Powiesiłem go sobie nad łóżkiem, by przypominał mi jak powinieniem postępować. Oto moje założenia:
1. Traktuj siebie tak dobrze jak innych
2. Czas pomiędzy 9 a 17 jest święty - poświęcaj go niemal w całości na intensywną pracę (plus przeglądanie blogów i krótkie pogawędki z ludźmi z pracy).
3. Od 17 czas zajmij się życiem – spotkaj się ze znajomymi, słuchaj muzyki, inwestuj w siebie.
4. Nie wchodź w zbyt bliskie relacje z ludźmi z pracy.
5. Każdego dnia powtarzaj sobie, że ten dzień będzie dobrze wykorzystany.
6. Nigdy nie trać wiary w siebie.
7. Naucz się odmawiać ludziom, którzy żerują na twojej ciężkiej pracy.
8. Oczekuj awansu.
9. Miej świadomość potrzeby nieustannej nauki.
10. Nie daj sobie podkradać klientów.



Może wyda się Wam to dziwne, ale dzięki temu czuję się lepiej. To jak wytyczenie drogi w kierunku, w którym chce się podążać. Pokazałem tę listę mojemu coachowi z Axona, który stwierdził, że to świetny pomysł. Już sama świadomość tego, co wymaga udoskonalenia jest niezwykle cenna. Wprowadzenie w życie mojego dekalogu potraktuję jako swój osobisty sukces.
Robicie może podobnie?
Pozdrawiam
Globus

poniedziałek, 23 maja 2011

Czy Ty potrafisz udawać, że pracujesz?


Praca wypełnia większość naszego życia. Taka jest prawda. Chcąc nie chcąc żyje się małymi konfliktami i ( niestety) plotkami, które pojawiają się w pracy. Oczywiście można starać się pozostawać neutralnym ( Bartek- Pudel opanował to niemal do perfekcji), ale to trudne. Ja w ciężkich sytuacjach kieruję się słowami Słonimskiego - kiedy nie wiesz jak się zachować, zachowaj się po prostu przyzwoicie. Nie zawsze dobrze na tym wychodzę…

Pewnie w każdym środowisku są osoby, które przy minimum wysiłku uzyskują maksimum efektów. Teoretycznie nie ma w tym nic złego, ale mam nieodparte wrażenie, że osiągają to ze szkodą dla innych osób. Prosty przykład - pewna osoba z mojej firmy cieszy się u szefów świetną opinią. Mają ją za bardzo obrotną i sprytną. Jaka jest prawda wiedzą tylko ci, którzy współpracują z nią najbliżej. Nie myślcie proszę, że się żalę czy narzekam. Po prostu pewien sposób bycia postrzegam jako zjawisko o coraz większym zasięgu. Wygląda to mniej więcej tak - ktoś udaje bardzo zapracowanego, roztacza wizje siebie ślęczącego nad pracą nocami, ma wielce zatroskaną minę jakby dźwigał cały ciężar tego świata, z drugiej strony stać go na komplementowanie osób wyżej postawionych ( na tych niżej nie zwraca uwagi). Większość ciężkiej pracy przerzuca na innych, ale robi to w tak specyficzny sposób, że nie sposób wprost sformułować zarzutów. Laury oczywiście zbiera ona a nie ludzie, którzy tak naprawdę na to pracują.



Dla sprawiedliwości muszę dodać, że nie każdy potrafi instrumentalnie traktować ludzi. Emocjonalne podejście przeszkadza w karierze. Ciężko patrzeć na człowieka i nie dostrzegać jego problemów oraz… ambicji! Ci, którzy to opanowali do perfekcji są w stanie instrumentalnie traktować ludzi i bez skrupułów przypisywać sobie ich zasługi. Oczywiście na dłuższą metę tak się nie da ( przynajmniej tak mi się wydaje). Ktoś prędzej czy później się zbuntuje, ale sam fakt, że do czegoś takiego dochodzi, jest kuriozalny.
No i pojawia się pytanie - zawierać czy nie zawierać przyjaźni w pracy? Jakby nie było daje się wtedy możliwość poznania swoich najsłabszych punktów… Z drugiej strony ciężko cały czas mieć na sobie „maskę” i się kontrolować. Jakie Wy budujecie relacje w pracy ? Boicie się, że zostaniecie wykorzystani?
Pozdrawiam
Globus

czwartek, 19 maja 2011

Dążenie do perfekcji

Akurat, kiedy miałem ochotę iść na koncert, nic ciekawego się nie działo. Szkoda i to wielka. Musiałem spędzić wieczór słuchając muzyki w domu. Okazało się, że mam więcej płyt niż ubrań:) To było bardzo miłe zaskoczenie. Co oczywiście nie oznacza, że moja kolekcja nie zostanie powiększona- dostałem wypłatę i mam zamiar poszaleć. Jeśli kupiliście ostatnio jakąś fajną płytę to dajcie znać - będę wdzięczny! Mam nadzieję tylko, że nie będzie to najnowsze dokonanie Katarzyny Skrzyneckiej(taaak - ona śpiewa).

Siedząc sobie wieczorem w domu postanowiłem dokonać pewnego zakupu! Dojrzałem już do tego, by mieć prawdziwy gramofon. Jak przez mgłę pamiętam niepowtarzalny dźwięk winylu (mój ojciec je kolekcjonował). Tam było słychać dosłownie wszystko. Wtedy muzyka zupełnie inaczej brzmiała. Teraz, kiedy płyty są poddawane obróbce komputerowej, idealnie „wyczyszczone” muzyka stała się taka bezduszna. Karmimy się iluzją, która na żywo nie istnieje. Żaden, nawet najlepszy zespół czy wokalista nie odtworzy piosenki tak jak an płycie. Po co więc to wszystko?


Mam wrażenie, że problem tkwi w dążeniu do ideału. Jednak ten „ideał” jest specyficzny, bo to twór (używam tego określenia specjalne), który ma więcej wspólnego z marzeniem sennym niż realnym życiem. Nie chodzi tylko o płyty, bo one są tylko małym fragmentem tego groźnego zjawiska. Spójrzcie tylko na modelki w magazynach. Ich twarze, ciała wyretuszowane do granic możliwości
(bardzo często pozbawione pieprzyków, sutków a nawet… pępków), przestają być ludzkie. To postacie powołane do życia po to, by się je podziwiało. Nie są jednak w stanie wzbudzić jakiś głębszych uczuć - to specyficzne piękno nie porusza.



Zdaje sobie sprawę z tego, że poruszyłem dziwny temat, ale natchnęło mnie życie:) Konkretnie moja nowa klientka- ofiara jakiegoś chirurga plastycznego. Wszystko w niej było sztuczne - usta, piersi, wiek (trudny do określenia). Na pewno robiła wrażenie ma mężczyznach, niemniej jestem pewien, że nie tak, na jakim jej zależy.



Nie macie czasem wrażenia, że drobne niedoskonałości bardzo często mogą być atutem?
Pozdrawiam
Globus

poniedziałek, 16 maja 2011

Być kibicem czegokolwiek

Dziwnie mi minął dzień - nawet bardzo. Przez swoje kłopoty zdrowotne musiałem ominąć firmową (nieformalną, po prostu ludzie się skrzyknęli) imprezę firmową. Przychodzę następnego dnia do pracy i czuje się jak „ten obcy”. To niesamowite, ile może się zmienić przez jeden wieczór. Co najmniej jakby moi koledzy pojechali na rok do Afganistanu i to, co tam zobaczyli, połączyło ich na całe życie. Obłęd. Tym bardziej, że byli tylko w knajpie. Dla mnie oznacza to jedno - nie mam z nimi (na razie), czego wspominać.
Dochodzę do wniosku, że utrzymywanie w miarę ciepłych relacji ze współpracownikami to cholernie trudne zajęcie. Przypominają mi się licealne czasy, kiedy następował podział na tych „fajnych” i „mniej fajnych”. Ja zawsze byłem pośrodku. Jak widać to mi zostało. Nawet to lubię, bo przyglądając się z boku, nie będąc emocjonalnie zaangażowanym można dostrzec bardzo wiele ciekawych rzeczy. Zauważyłem na przykład, że „Bartek- Pudel” nie jest wcale lubiany, ludzie się go boją ( pewnie nie do końca wiedzą, o co chodzi w jego relacji z Rudą) i dlatego są dla niego baaardzo mili. Nie chciałbym nigdy znaleźć się na jego miejscu. Wolę to, co szczere i bezinteresowne.
Właściwie tylko na moment żałowałem, że nie wybrałem się z ludźmi z pracy na piwo. W niedzielę był mecz Wisły Kraków i Cracovii. Mój sąsiad, zagorzały kibic (i sądząc po jego bliznach i „sposobie bycia” ex-kibol) postanowił, by wszyscy w bloku mieli świadomość, że on ogląda mecz. Chyba nikt nie miał, co do tego wątpliwości. Zgaduję, że Wisła wygrała, bo sąsiad upił się, wyszedł na klatkę schodową i zaczął śpiewać „ Jak długo na Wawelu…”, po czym przyjechała straż miejska i nie mam pojęcia, co się działo potem. W każdym razie było cicho.
Nawet w mieszkaniu czuje się czasami obco :D Jak sądzicie, czego mi trzeba żeby poczuć się „jak w domu”? Chodzi mi po głowie jakiś koncert w ciemny, ciasnym miejscu…
Pozdrawiam
Globus

piątek, 6 maja 2011

Piekielność naturą ludzką?

Amerykanie pozbyli się terrorysty numer 1 – Osamy bin Ladena.W związku z tym faktem zapanowała niesamowita euforia.Mogę jeszcze w jakimś stopniu zrozumieć to, że garstka ludzi zapragnęła okazać swoją radość.Jednak to, co się działo w Ameryce przerosło moje wyobrażenia. Ludzie wiwatowali, śmiali się i śmiało mogę to powiedzieć - urządzili sobie uliczną imprezę. Każdy szanujący się polityk czuł się zobowiązany to wyrażenia radości z zaistniałej sytuacji. Nie wydaje Wam się to dziwne? Chociaż trochę?


Nie zrozumcie mnie źle - Osama był mordercą, okrutnym i bezwzględnym. Chyba żadna racjonalnie myśląca istota nie miała wobec niego żadnych cieplejszych uczuć, ale… nie wydaje Wam się czasem, że ludzie się cieszą, bo poczuli się bezpieczniej? Tak jakby obudzili się w nowym, lepszym świecie? Nie wydaje Wam się, że to jest niesamowicie niebezpieczne?


Mam wrażenie, że martwy Osama jest tysiąc razy bardziej niebezpieczny, niż żywy. Już teraz przez ekstremistów został okrzyknięty męczennikiem, niestrudzonym bojownikiem, który zmartwychwstawanie. Jego miejsce zastąpi sto osób jeszcze bardziej zmotywowanych do siania nienawiści i zniszczenia.Będą oni piekielnie niebezpieczni - w końcu On oddał życie za to, w co wierzył, więc do nich należy nie tylko kontynuacja rozpoczętej walki, ale również pomszczenie Go.Powiem szczerze - mnie to przeraża.
Może jako jeden z nielicznych wiadomość o śmierci Osamy przyjąłem nie ze smutkiem, ale co najmniej troską. Zdaje sobie sprawę z tego, że nie można tego było rozwiązać w inny sposób. Ewentualne doprowadzenie zbrodniarza pod sąd nie rozwiązałoby sprawy. Wolałbym jednak to wyjście… sam do końca nie wiem dlaczego.

Najgorsze w tym wszystkim jest to, że ta śmierć pokazała, jacy jesteśmy naprawdę. Jak to możliwe, że cywilizowani ludzie chcieli oglądać zmasakrowaną twarz Osamy? A że tak było pokazał chociażby facebook - ludzie łyknęli informację o możliwości zobaczenia martwego Osamy. Wirus rozprzestrzenił się w ilościach przeogromnych. Mnie to przeraża (i wnerwia, bo czyściłem tablicę z syfu przez dobre dwie godziny - dzięki znajomi!). Generalnie jesteśmy podglądaczami a przy okazji chcemy wiedzieć, kto „podgląda” nas (kolejny fajny wirus na facebooku - nie dajcie się nabrać).
Przez wiadomość o śmierci Bin Ladena beatyfikacja Papieża przebiegła jakoś tak bez echa. Przyznam się szczerze, że nie byłem nią podekscytowany (ale informacja o obecności na beatyfikacji Berlusconiego mnie ubawiła), ale zrobiło mi się trochę przykro. Nie tak to powinno wyglądać.
Z jednej strony oficjalnie został uznany za osobę błogosławioną człowiek, który szanował życie i walczył w jego obronie, z drugiej: nieoficjalnie, bandyta, który „niósł” śmierć.
Wiem, że mój wpis jest dzisiaj nietypowy, ale tak po prostu czułem i chciałem się z wami tym podzielić.
Pozdrawiam Globus

czwartek, 5 maja 2011

Leniuchowo, majowo - kiedy powiem sobie dość

Długi weekend jest zdecydowanie tym, na co się czeka z utęsknieniem. Ja dodatkowo miałem to szczęście, że w poniedziałek mogłem pracować zdalnie. Miałem, więc tyle wolnego ile potrzebowałem, a nawet więcej.
Normalni ludzie, kiedy mogą odpocząć, po prostu to robią. Niestety ja się do nich nie zaliczam. To chyba już stan chorobowy. Miałem tyle planów, chciałem pojechać do rodziców na wieś… chciałem, ale… nie dałem rady. Jakoś tak się złożyło, że znajomi z pracy (tak - Pudel też) zaproponowali mi rozrywkowy weekend w mieście. Nie chcąc być niegrzecznym przystałem na tę szatańską propozycję. Efekt był taki, że przebiłem wszystkie moje wyczyny z czasów studenckich. Czyli wtedy, kiedy porządni ludzie wypoczywali, ja się mordowałem. Efekt - wydaje mi się, że pracuje w najbardziej zgranej ekipie na świecie. Skutek uboczny - jeszcze nigdy wyjście do pracy i przesiedzenie (niestety- przyznaje się bez bicia) nie było dla mnie tak dużym wyzwaniem.
Z ogromną satysfakcją muszę przyznać, że dałem radę dojść do pracy. Resztę mojej aktywności należy przemilczeć. To jest dla mnie przestroga - trzeba wiedzieć, kiedy powiedzieć sobie dość!
Kolejny dzień pod pewnymi względami mogę zaliczyć do straconych - wydaje mi się, że nawet dwa… Jeszcze jakiś czas temu bardzo by mnie to przybiło, bo nie lubię jak mi się plany sypią. Teraz jest jednak inaczej - mam przecież rozpiskę na cały tydzień (a nawet dwa - taka mała modyfikacja). Dzięki temu mam lepsze samopoczucie i jednocześnie mogę pozwolić sobie na więcej luzu. Grunt to mieć plan, który przewiduje wyjście awaryjne!
W wyniku mojego chwilowego braku bystrości umysłu z pewnym opóźnieniem odnotowałem, że robi się bardzo zimno - szok. W niektórych miastach spadł nawet śnieg! Nie przypominam sobie takiej sytuacji w przeszłości - przecież jest maj!!!
Przy okazji muszę Wam się pochwalić, że jestem już całkowicie zdrowy. Może jestem naiwny, ale przypisuję to zbawiennemu wpływowi alkoholu. Nie zamierzam tak się leczyć w przyszłości, ale jak widać po mnie, nie jest to głupi pomysł!
Pozdrawiam
Globus
P.S
A jak Wy spędziliście długi weekend? Więcej pracy czy więcej zabawy?

sobota, 30 kwietnia 2011

Żeby doszło do negocjacji

Dla sprzedawcy każdy etap kontaktu z klientem jest bardzo ważny - każdy. Nie da się jednak ukryć, że jedne się lubi bardziej, drugie mniej, a niektóre wcale. Mi największa trudność sprawia sam początek. Czyli samo zachęcenie klienta, by zechciał poświęcić mi parę chwil ze swojego życia i wysłuchał, co mam do powiedzenia. Do tej pory zdarzały mi się sytuacje, że zdążę powiedzieć tylko „dzień dobry” i na tym się kończy. Coraz mniej mnie to zraża, ale swego czasu po paru nieudanych rozmowach bałem się zadzwonić do następnego klienta.
Generalnie moim ulubionym momentem są negocjacje. To jest mój żywioł. Kiedy widzę człowieka, z którym rozmawiam, czuję się pewniej. Widzę jak on reaguje na moje słowa i przez to mogę odpowiednio manipulować wypowiedzią, by odnieść pożądany efekt. Przez telefon tak się nie da, ale…
Jest parę „żelaznych zasad”, którym bezwzględnie trzeba się trzymać podczas rozmowy telefonicznej z potencjalnym klientem. Po pierwsze: KONKRET! Przeważnie ma się dosłownie klika sekund, by zainteresować rozmówcę swoją ofertą. Trzeba je odpowiednio wykorzystać. Nie ma tu czasu na rozbudowane wypowiedzi. Trzeba być konkretnym i …zwięzłym. Zawsze przed wykonaniem telefonu warto mieć w zasięgu wzroku karteczkę z punktowo wymienionymi informacjami, które podczas rozmowy muszą paść. Ja dzięki tej karteczce czuje się bezpiecznie, bo nie ma możliwości, bym stracił wątek. Po prostu „realizuję” punkt po punkcie.
Kolejna sprawa to DOSTOSOWANIE TONU I SPOSOBU ROZMOWY DO SYTUACJI. Może to nie jest zbyt odkrywcze, ale bardzo często, kiedy ja odbieram telefony od różnych telemarketerów, to straszliwie się denerwuje. Dzwoni do mnie albo jakiś koleś, który traktuje mnie jak koleżkę spod bloku, albo najbliższy przyjaciel, który mówi w tak czuły sposób, że jestem zmieszany. Najgorsze są jednak te panie, które tak szybko mówią, że ja doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że jestem setną osobą, z którą one rozmawiają i doskonale wiedzą, że nie zainteresuje mnie oferta. Konkluzja jest taka, że każdego rozmówcę trzeba szanować. Nie można dać mu do zrozumienia, jak mało istotna jest ta rozmowa. Trzeba przekonać go do wyjątkowości swojej oferty. Umiar i spokój jest tu jak najbardziej wskazany.
Kończę na dzisiaj swoje rozważania, bo niestety nie czuję się do końca dobrze. Choroba nie odpuszcza Nic to jednak - rozpoczyna się długi weekend i mam zamiar konstruktywnie odpoczywać, czego i Wam życzę.
Pozdrawiam
Globus

piątek, 29 kwietnia 2011

Choroba nie wybiera

No i znowu mnie dopadło jakieś potworne choróbsko!!! Jestem więcej niż wściekły. Wystarczyła tak na dobrą sprawę chwila nieuwagi (śmingus-dyngus celebrowany we właściwy sposób) i jestem chodzącym zombie. Mam w głowie tylko jedna myśl - łóżko, łóżko, łóżko. Jak dobrze, że jutro jest sobota. Dzisiaj natomiast muszę udawać, że pracuje.
Prawda jest taka, że człowiek próbuje zaplanować sobie dzień, stara się realizować punkt po punkcie, a nagle wszystko szlag trafia. I jak tu nie być wściekłym? Moje starannie przygotowane karteczki patrzą na mnie szyderczo! Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że kładąc się do łóżka ( coś czuje, że zaraza po powrocie z pracy) będę miał wrażenie porażki. Niby to tylko jeden dzień „bycia dysfunkcyjnym”( przynajmniej mam taką nadzieję), ale co z tego? Nie zrealizuje swojego planu! Ten dzień będzie dla mnie stracony. I co teraz?
Kiedy „wszystko” mówi „NIE”
Taka mała refleksja, której jeszcze nie dowierzam, ale przez cały dzień bardzo będę się starał, by to się zmieniło. Człowiek jest tylko człowiekiem. Są takie dni, w które po prostu się nie da i trzeba to zaakceptować. Przyczyny mogą być różne - choroba, zły stan psychiczny itp. Ważne, by nie robić sobie wyrzutów z chwilowej ( przy założeniu, że nie trwa to dłużej) „bezproduktywności”. Nie ma sensu na przykład wykonywać w tym dniu setki telefonów do klientów, jeśli czuje się, że to nie jest ten dzień. Nikogo się nie przekona do swoich racji, bo nie jest się wiarygodnym.
Moje postanowienie jest następujące - dzisiaj daję sobie trochę luzu, ale w ciągu najbliższego tygodnia będę pracował dwa razy ciężej. A tak przy okazji - warto robić plany codzienne, ale jeszcze lepiej tygodniowe. Wtedy istnieje realna szansa, że wszystko, co się zaplanowało, uda się zrealizować. No i samopoczucie jest lepsze!
Pozdrawiam
Globus
P.S
Wiecie może czy przy temperaturze 38 i bolącym spuchniętym gardle można przyjmować polopirynę? Koleżanka mnie nastarszyła, że nie – zażyłem chyba z 6 w ciągu…6 godzin.

czwartek, 28 kwietnia 2011

Prawo Perswazji, czyli jak to zrobić, by wyszło na nasze!

Po wyjeździe wszystko wróciło do normy. No prawie, bo od czasu do czasu spoglądamy na siebie z Bartkiem-Pudlem z sentymentem. To dziwne, ale całkiem dobrze mi z tym! Ciekawe jak długo… Jednak nie o tym chcę dzisiaj napisać.
Szkolenia z Axona nie idą na marne. Mój ciuch, mój wódz! Generalnie chodzi o to, by naprawdę mieć szczerą chęć, by z takich spotkań coś wynieść. Można usłyszeć coś milion razy, można nawet to przećwiczyć, ale jak się w to nie wierzy to lipa. Nie wróci się do konkretnych metod w przyszłości. No, więc podstawą jest pokora - świadomość tego, że mimo daru od Boga (niektórzy co prawda twierdzą, że każdy może być sprzedawcą) trzeba cały czas pracować nad… siłą argumentów.
I tak dochodzimy do Prawa Perswazji. Pewnie każdy z Was mniej lub bardziej świadomie z niego korzysta czasami. Chodzi jednak o to, by nie kierować się tylko intuicją - warto mieć pewne pojęcia uporządkowane.
W teorii Prawo Perswazji jest proste jak konstrukcja cepa. Po prostu doprowadza się do sytuacji, w której druga osoba czuje do nas jednocześnie sympatię (komuś, kogo się lubi, trudniej się odmawia) i zobowiązanie (podarowaliśmy jej coś, za co czuje wdzięczność i potrzebę zrewanżowania się).
Z praktyką jest gorzej.
Nie mam generalnie problemów z tym, by ludzie mnie lubili. Jak chyba większość z nas? Ciężko jest jednak wzbudzać sympatię i jednocześnie doprowadzić do sytuacji, w której ktoś chce się nam odwdzięczyć. Wszelki fałsz jest od razu demaskowany, a nie ma nic gorszego niż sprawienie, by klient ( albo generalnie człowiek) pomyślał, że jesteśmy w stosunku do niego interesowni. Nikt nie lubi czuć się wykorzystywany.
W czym więc tkwi sekret? Może wyda się Wam to dziwne, ale właśnie w SZCZEROŚCI! Trzeba po prostu z większą sympatią spojrzeć na innych ludzi. Relacje międzyludzkie powinny opierać się przede wszystkim na szacunku. Nie chodzi o to, by widzieć klienta - trzeba w nim dostrzec człowieka. A wszelkie próby uzyskania czegoś od niego to nie manipulacja! O nie - to tylko próba dotarcia, sposób komunikacji. Macie co do tego wątpliwości?
Tyle przemyśleń na dziś! Następnym razem będą konkretne przykłady!
Pozdrawiam
Globus

wtorek, 26 kwietnia 2011

Działo się

No i ledwo wyjechaliśmy na firmowy wyjazd, a już z niego wróciliśmy. Nie da się ukryć, że to co najlepsze bardzo szybko się kończy. Generalnie byłem bardzo mile zaskoczony - okazało się, że WSZYSCY ludzie, z którymi pracuje są fantastyczni - bez wyjątku. Z taką ekipą miło się imprezuje i pracuje (z moim nowym nastawieniem do niej na pewno).
Ale od początku. Od razu przyznaje się bez bicia, że złamałem wszystkie swoje postanowienia. Co więcej - nie żałuję tego ani trochę! Było warto… zresztą jakbym wybrał inną opcję to nie miałbym możliwości zintegrowania się z ekipą. Spokojnie - żadnych rozwodów nie będzie, ale zobaczyłem, co u poniektórych ludzką twarz.
Nie będę rozpisywał się w bizantyjskich opisach naszego wyjazdu, bo zapewne każdy z Was albo ma taki za sobą, albo będzie miał. Absolutnie zbędne detale. Wiecie, o co chodzi. Paradoksalnie jednak można z takich „przygód” wyciągnąć ważną naukę na przyszłość - pijąc nawet z największym wrogiem można znaleźć świetnego kompana. Zażyłość po fakcie przeważnie się rozluźnia, ale sentyment pozostaje - w końcu tak wiele przeszliśmy razem. No i właśnie tak było ze mną z i …uwaga, uwaga, uwaga – Bartkiem-Pudlem! Nie pamiętam dokładnie jak do tego doszło, ale zostaliśmy sami w pokoju. Sami, ale nie samotni, bo na stole stała butelka krystalicznie przeźroczystego (zakładam, że również czystego) trunku! Na pewno było hasło : „no to jednego na zdrowie”, na pewno po siedmiu usłyszałem krótką, aczkolwiek treściwą relację z życia Bartka. Ja również dodałem coś od siebie. Nie obyło się bez „brachu”, „stary”, „dajesz radę”, „zawsze ci zazdrościłem”( padło zarówno z jego, jak i z moich ust), „zawsze z ciebie wierzyłem”… najlepsze jest to, że każdy z nas mówił to szczerze. Od momentu, kiedy pokazaliśmy sobie nawzajem, że mamy w sobie dość spore pokłady wrażliwości i kompleksy. To ułatwia kontakt - na zasadzie „ ja się „otworzę i ty też”. W każdym razie cała zabawa skończyła się w brodziku przed hotelem! Brodziliśmy po wodzie udając… drogę krzyżową. W tym momencie napatoczyła się nasze ekipa – ktoś nawet miał kamerę. Zostaliśmy okrzyknięci pajacami wyjazdu.
Teraz już wiem - wspólne doświadczenia łączą ludzi. Szczególnie te upokarzające. Można znać kogoś bardzo krótko, ale parę intensywnie przeżytych chwil sprawia, że pojawia się sentyment! Kto z nas nie jest sentymentalny, chociaż w minimalnym stopniu?
Pozdrawiam
Globus

sobota, 16 kwietnia 2011

Jedziemy na wycieczkę!!!!

No to jedziemy - całą firmą! Z tym, że nie na wycieczkę, a na szkolenie, ale coś czuję, że cudzysłów by się tu przydał. Raczej nie zmieniłby sensu wypowiedzi. Niby jesteśmy dorośli (biorąc pod uwagę metrykę to na pewno), ale zachowujmy się czasami jak dzieci. Rozgorzała walka o to, kto będzie z kim w pokoju (to przecież TAKIE ważne, jakby nie było jasne, że nikt nie będzie spał a czas będziemy spędzać w jednym pomieszczeniu…) Nie zdziwię Was, jeśli zdradzę, że najbardziej dziecinnie zachowuje się Bartek-Pudel. Czego on ze sobą nie zabierze i w jakiej ilości?!! Miałem ochotę mu powiedzieć: stary, alkohol nie jest dla mnie żadną nowością i przypuszczam, że dla większości z nas. Nie zrobiłem tego jednak i stłumiłem w sobie ogromne pragnienie wyciągnięcia Bartkowi koszulki (tej ciepłej, którą zakłada pod zwykłą - nie pytajcie skąd o tym wiem) i założenia mu jej na głowę ( w „zieloną noc” pomaluje mu twarz pastą do zębów).

No i co na to powiecie? Czemu dorośli ludzie się tak zachowują? Podejście w stylu „na co dzień jestem drętwy i mam permanentny kij w…, ale na służbowym wyjeździe dam czadu”- słabi mnie. Rozumiem, że kiedy ciężko się pracuje to nie ma się czasu na przyjemności ( ja znajduję, żeby nie było, zresztą wiecie o tym), ale…no właśnie. Po co organizuje się wyjazdy firmowe? Moim zdaniem powody są tak naprawdę trzy. Po pierwsze jest to możliwość zintegrowania zespołu, który jeśli ma sprawnie pracować, to musi być zgrany. Po drugie zawsze istnieje szansa, że chociaż dwie osoby wyniosą jakieś nauki ze szkoleń. Po trzecie taki wyjazd to szansa przekonania się, z jakimi ludźmi się pracuje - bardzo często nadmierny luz działa na naszą niekorzyść. Można powiedzieć i zrobić coś takiego, czego będzie się żałowało przez długi czas.
Moje „ambitne” założenia wyjazdowe:
1) Nie upić się za bardzo.
2) Nie powiedzieć Bartkowi-Pudlowi, że jest pudlem, lizusem, frajerem, bufonem itp.
3) Nie rozpocząć na nowo związku z Rudą
4) Wynieść coś ze szkoleń
5) Utrzymać kontrolowany luz przez cały wyjazd

Pozdrawiam
Globus

czwartek, 14 kwietnia 2011

Chwila zadumy

W niedzielę obchodziliśmy rocznicę katastrofy pod Smoleńskiem. Nie dało się tego nie zauważyć. Przyznam się Wam szczerze, że ruszyło mnie to - naprawdę. Nie chodzi mi tylko o to, że zginęło tyle ważnych dla kraju ludzi (i nie jest tak naprawdę istotne czy się ich lubiło czy nie), powodów jest kilka. Na przykład nie rozumiem, dlaczego jedni nie potrafią uszanować żałoby innych, a drudzy chcą z kolei, by wszyscy przeżywali to samo, co oni. Czy nie można przyjąć, że każdy powinien przeżywać takie chwile tak jak chce i czuje? Niestety nie w naszym kraju. Nie wystarczy chwila zadumy, wszyscy muszą być „ torpedowani” żałobą - która tak naprawdę nie może być narzucona, tylko dobrowolna. Takie chwile to dla mediów łakomy kąsek. Nie trzeba się wysilać, by coś sensownego napisać, powiedzieć - przecież jest gotowy temat! `
Nie zrozumcie mnie źle, nie jestem jedną z tych osób, które są gotowe kpić z takiej tragedii, wręcz przeciwnie! Wkurza mnie jednak, że wykorzystuje się ją do rozgrywki politycznej. Skala nienawiści i eskalacji konfliktów w narodzie jest ogromna. Najgorsze jest jednak to, że ludzie, którzy tymi emocjami sterują, robią to jak najbardziej świadomie. Im nie chodzi o budowanie zgody w kraju, im ewidentnie zależy, by istniały podziały, by ludzie nawzajem obrzucali się błotem. Inna sprawa, że tak naprawdę robimy to nader chętnie…Czemu?
To naiwne - wiem, ale nie mogę przeboleć faktu, że żyję w kraju, gdzie nie ma miejsca tak naprawdę na konstruktywne działania. Nie możemy brać przykładu z Japonii? Przecież tam zdarzyła się ogromna tragedia, ale Japończycy już nią nie żyją, tylko myślą o przyszłości. Nikt tam na nikogo nie zwala winy za to, co się stało.
Inna sprawa, czy takie obrazki są według Was właściwe, czy tak się buduje jedność, czy kpina jest tu czasem niestosowna?



Tolerancja, szacunek i szczerość - tego nam wszystkim potrzeba! Co Wy na to?
Pozdrawiam
Globus

sobota, 9 kwietnia 2011

Moja praca moje życie?

Zauważyłem (lepiej późno niż wcale), że jedno z pierwszych pytań, jakie padają przy poznawaniu nowej osoby jest, „czym się zajmujesz?”. Oczywiście możemy przyjąć, że to po prostu zwykła forma grzecznościowa, no i od czegoś trzeba zacząć rozmowę, to jakiś punkt zaczepienia, prawda? Niestety boję się, że nie do końca. Jak miałem naście lat to byłem pewien, że ja takich tematów nie będę poruszał, że poznając nową osobę będzie mnie ciekawiło, jakie książki czyta, czego słucha, co lubi itp. Mrzonki. To, czym się zajmujemy wpływa na postrzeganie nas przez innych ludzi. Niestety. Wydaje mi się, że kiedy to sobie uświadamiamy to stajemy się dorośli. To tak mała dygresja, ale musiałem z Wami się nią podzielić.
Poznałem ostatnio fantastycznego człowieka (gdzie? No oczywiście na koncercie). Inteligentny, oczytany, można z nim było rozmawiać o wszystkim. Było tylko jedno „ale”- facet od ponad roku jest bez pracy. Jakoś jednak szczególnie to go nie martwi… otaczających go dziewczyn (w wieku około 20 lat) na pewno też nie. A mi jednak zrobiło się go trochę żal. Ten facet ma ogromny potencjał i marnuje go. `Gdyby trafił na odpowiednią osobę w swoim życiu, albo naprawdę chciał szukać pomocy mógłby, zajść daleko.
Dochodzę do wniosku, że sama chęć zmotywowania się jest na wagę złota! Jak się ma taką potrzebę to sposób się znajdzie, tym bardziej, że nie trzeba go szukać samemu…
Ja, kiedy mam słabsze dni, to oglądam ten filmik:
http://www.youtube.com/watch?v=_tjYoKCBYag&feature=related
Czy on też do Was przemawia?
Pozdrawiam
Globus

czwartek, 7 kwietnia 2011

Bluesowy Globus powraca !!!

Nie samą pracą człowiek żyje. Już dawno nie byłem na żadnym koncercie, więc postanowiłem nadrobić zaległości. Nie ma nic bardziej ekscytującego niż spontaniczne zrealizowanie swojej potrzeby! Moją było posłuchanie muzyki w miejscu, które dobrze znam i gdzie czuję się najlepiej
- oczywiście w Harris Piano Jazz Bar. Nie planowałem tego, po prostu znajoma mnie wyciągnęła i o 21 znalazłem się w cudownie dusznej piwnicy jednego z moich ulubionych klubów. W ciągu paru minut moje wszelkie niepokoje, problemy czy sprawy związane z pracą przestały mieć znaczenie. Liczyło się tylko „tu i teraz” . Nie myślałem – czułem! Kurcze, jak mi tego brakowało. Macie tak czasem, że chcielibyście coś zrobić, ale wydaje Wam się, że decydując się na to, zrobicie nierozsądnie? Bo tak naprawdę nic z tego nie będziecie mieć prócz czystej przyjemności? Ja mam tak często - niestety. Jak robię coś, co mi sprawia tylko radość, ale nie jest związane z pracą lub rozwojem osobistym ( co w sumie wychodzi na to samo) to mam wyrzuty sumienia!  Wczoraj jednak tak nie było - i dobrze. Potrzebowałem tego jam session niemal jak Krakowianin świeżego, nieskażonego smogiem powietrza!
W klubie jak zwykle było dużo znajomych, niektórych nie widziałem od dłuższego czasu.  To takie fajne uczucie - wiem, że mało mnie z nimi łączy (niektórzy wiodą życie wiecznych studentów nawet, jeśli przekroczyli 40…), nie spotykam się raczej z nimi po pracy, ale w tej jednej chwili, na ten jeden wieczór jesteśmy zgraną paczką! Spotykamy się w jednym celu, by posłuchać muzyki w najlepszym wydaniu i odetchnąć - od świata, innych ludzi. Jestem pewny, że wtedy czujemy dokładnie to samo!  Muzyka łączy ludzi, pozwala im uwierzyć, że w życiu chodzi tylko o coś więcej niż „latanie” za kasą czy osobami, które nie zawsze są tego warte. 
Może i rano po takim koncercie jestem zmęczony, ale wiecie co?  Fajnie jest być od czasu do czasu zmęczonym nie tylko pracą! Jeśli macie jakieś zainteresowanie lub robicie robić jakieś rzeczy, chociażby byłoby to wchodzenie po drzewach (swoją drogą spotkałem takiego gościa, który postanowił każdego dnia wejść na jakieś drzewo i tak robi, jest dzięki temu szczęśliwy) to kurcze pielęgnujcie to w sobie!   Ja się staram, chociaż nie zawsze jest to łatwe. Jako sprzedawca niejako nawet podświadomie nastawiam się głównie na potrzeby innych ludzi. Próbuję się tego oduczyć, bo jestem pewny, że dbając o własną sferę psychiczną, duchową, staję się też bardziej świadomym człowiekiem, a co za tym idzie specjalistą.
Piosenka na dziś 

To, co - pielęgnujemy nasze małe „wariactwa” czy stajemy się baaardzo dorośli i poważni?
Pozdrawiam
Globus- Blues!

środa, 30 marca 2011

życie i życie

Widzę ostatnio, że moje życie zawodowe zaczyna zdecydowanie ograniczać moje życie prywatne i w sumie jak na chwilę obecną nie przeszkadza mi to za bardzo, bo chyba taki okres w życiu po prostu mam. Staram się jak najbardziej korzystać ze spotkań z coachem, który pomoże mi to życie jakoś uporządkować. Dawniej miałem podejście do pracy na zasadzie idziesz na 8 godzin, robisz co masz do zrobienia, wychodzisz i na tym się wszystko kończy. I nie sprawiało mi to żadnej satysfakcji, w poniedziałki nie zawsze chciało mi się wstać z łóżka, jak myślałem o tym ile czasu do piątku pozostało i ogólnie nie było dobrze. Ostatnio zauważyłem, że może jednak sprzedaż jest czymś, co może sprawiać przyjemność i dawać satysfakcję, że nie do końca musi być tak, że każdy kontakt z klientem jest czymś, co mnie męczy i irytuje i że dużo winy za moje wcześniejsze podejście leżało po mojej stronie, a niekoniecznie to z pracą coś było nie tak. Coś w tym zdecydowanie musi być, bo pracy nie zmieniłem a moje podejście się zmieniło. Może to też kwestia wiosny, która wreszcie w pełni nadeszła i daje pozytywnego kopa.

Tak więc zmiany w dalszym ciągu wprowadzam w życie (o czym zapewne informować Was będę na bieżąco). Widzę że jednak uporządkowanie jest bardzo ważne w moim fachu, bo inaczej można się totalnie pogubić i przez to czuć się przytłoczonym nadmiarem obowiązków, których czasami wcale nie ma tak dużo jak nam się wydaje. Staram się nie odpuszczać zasady, o której już chyba pisałem wcześniej, robienia sobie planów na następny dzień. Dzięki temu zasypiając nie myślę o tym co mam do zrobienia kolejnego dnia, bo wiem że wszystko mam zanotowane i nie zapomnę o niczym, tak jak wcześniej mi się to wielokrotnie zdarzało. W pracy też nie marnuję czasu na zastanawianie się nad pierdołami typu w czym Bartek jest lepszy ode mnie i co na temat tego co zrobiłem myśli Ruda, tylko przychodzę i realizuję swój plan punkt po punkcie. I wiecie co? Zazwyczaj jeśli tylko nie stanie się coś bardzo nadzwyczajnego, to ten plan wyrabiam i jeszcze mi czas zostaje. Dzięki temu wychodzę z pracy spokojny (bo nie myślę ile mi zostało z dzisiaj na jutro) i w pewnym stopniu spełniony. Bardzo fajne uczucie. Czasami od swoich kumpli słyszałem że praca daje im satysfakcję itd. i zawsze im tego zazdrościłem zastanawiając się, co bym musiał robić, żeby u mnie tez tak to wyglądało. Okazało się, że wystarczyło po prostu kilka pytań na które sam sobie odpowiedziałem i udało mi się moje myślenie sprowadzić na inne tory. Teraz każdego nowego klienta traktuję jak mały sukces, który pokazuje mi, że nadaję się do tego co robię i robię to dobrze. A to daje mi więcej pewności siebie, co pozytywnie wpływa na moje relacje z klientami i napędza się dalej. Mam nadzieję, że mi to nie minie. Dlatego nie mogę się już doczekać następnej sesji "samodoskonalenia" i tego w jaki sposób uda mi się ją przełożyć na działania. Po dwóch pierwszych mam dopiero trochę otwarte oczy, ale liczę na to, że kolejne dadzą mi nowe techniki, którymi będę się mógł posłużyć w pracy (i z wami podzielić:) Najlepsze jest to, że wcale nie są przede mną odkrywane jakieś wielkie tajemnice, w większości są to rzeczy, o których każdy z nas zdaje sobie sprawę, ale nie wykorzystuje ich na co dzień.

poniedziałek, 28 marca 2011

Praca wre

No i po półtoratygodniowej nieobecności wróciłem dzisiaj na reszcie do pracy i…wpadłem w wir obowiązków. Poza tym, że zirytowało mnie, że nagle jeden z klientów, z którym dość dobrze mi się rozmawiało i miałem nadzieję na owocną współpracę pomiędzy nami, jest aktualnie klientem Bartka. Ja rozumiem, że klient nie może czekać aż ja wyzdrowieję, ale skoro idąc na chorobowe wszystko było już tak dograne, że Bartek tylko umowę podpisał, a klient właśnie teraz jeszcze córkę zainteresowaną naszymi usługami przyprowadził, to w sumie powinien moim zdaniem mi go przekazać z powrotem. Jakoś firma takich rzeczy u nas na sztywno nie reguluje i wszystko zależy od tego jak się dogadamy między sobą. Dlatego uważam, że Bartek powinien się jakoś zachować w porządku, a nie udawać, że w ogóle nic się nie stało i nie widzi żadnego problemu. Tym bardziej, że córeczka też Bartka klientką zostanie, no bo oczywiście chcą mieć tego samego opiekuna, bo tak łatwiej i wygodniej. Nie dość, że wypadłem z obiegu przez chorobę na tyle dni i ciężko mi będzie plany wyrobić w tym kwartale, to jeszcze ta hiena zgarnia moich klientów jak tylko zniknę na kilka dni.

Zresztą nie tylko klientów, bo widzę, że sytuacja z Rudą tez uległa zmianie. Jakoś się strasznie dziwnie w stosunku do siebie zachowują, jakieś dziwne uśmieszki, spojrzenia. Chyba się to między nimi jakoś mocno zacieśniło. Na szczęście na prawdę już mnie to nie rusza. A swoją drogą z Rudą jest coś chyba nie do końca w porządku biorąc pod uwagę, że wdaje się w romanse większe bądź mniejsze już z drugim ze swoich podwładnych. Ciekawe czy jakbyśmy się z Bartkiem zgadali to moglibyśmy iść do sądu i oskarżyć ją o molestowanie. To było oczywiście niesmaczny żart z mojej strony.

Ale ogólnie cieszę się z powrotu do pracy, bo miałem już serdecznie dość siedzenia w domu. Zresztą zabrałem się do wszystkiego z nowymi planami na zmiany po tym spotkaniu z coachem. Zacząłem od porządków, nie takich normalnych w sensie segregowania papierów, plików na komputerze itd.  Tylko takich porządków ze sprawami. Poobdzwaniałem klientów, którzy „wisieli” mi przez ostatni czas jak byłem chory, poumawiałem spotkania i terminy przygotowania ofert dla klientów (pracowity tydzień mnie czeka), będę jednak walczył, żeby nadrobić braki i wyrobić plany, bo premia by mi się przydała w najbliższym czasie. Jakąś godzinę spędziłem na przeanalizowane spraw z ostatniego miesiąca. Przeglądałem swoje zapiski na temat klientów gdzie sprawa była już dość mocno zaawansowana, a jednak nie udało się jej dograć i szukałem powodów dla których mi się to nie udało. Trochę na zasadzie a co by było gdyby, o którym pisałem ostatnio, trochę na zasadzie szukania, w którym momencie kontakt z klientem się pogorszył. Wydaje mi się że w kilku sytuacjach udało mi się w miarę sensownie wytłumaczyć sobie co się stało i gdzie popełniłem błąd i będę się starał na przyszłość w podobnych sytuacjach postępować inaczej. Niektórych nieudanych akcji nie udało mi się jakoś wytłumaczyć, ale nie mam pojęcia co dzieje się w życiu osobistym klienta więc nie wiem czy na jego decyzję nie miały wpływu jakieś jego prywatne sprawy.

Tak więc z nowymi siłami wracam do pracy i stwierdzam, że jednak lubię to co robię. Specjalnie to napisałem, bo jak za kilka dni będę miał zwątpienie to sam się będę zastanawiał jakim cudem mogłem takie głupoty tutaj wypisywać:)